Tam gdzie ludzie jeżdżą rowerem do góry kołami, czyli Nowa Zelandia


28.11.2004

Zaczęła się moja samotna wyprawa po kraju ptaka kiwi, gdzie żyją elfowie, krasnoludy, hobbici, a owiec jest ponad 10 razy więcej jak ludzi. W kraju tym ludzie podobno chodzą do góry nogami ;)

Jestem już po odprawie, dookoła mnie sami Koreańczycy i czekam na wejście do wielkiego samolotu. Za 29 godzin będę tam, gdzie z Polski dalej się już nie da.

2 grudnia 2004

Dziś udało mi się w końcu odbyć pierwszą "samotną" wycieczkę po Antypodach. Moi Gospodarze, Ada i Kuba Postrzygaczowie poszli do pracy, a ja zabrawszy mapę udałem się rowerkiem na zakupy :)

Pierwszy raz miałem do czynienia z tak dziwacznym ruchem, jak tu. Niemość, że ruch jest lewostronny to musi się ustępować pierwszeństwa tym z prawej. Ot takie antypodowe dziwactwo, patrząc oczywiście oczyma takiego zaściankowca jak ja. No ale udało się pokonać trudy ruchu i dojechałem szczęśliwie 10 km do sklepu, gdzie nabyłem resztę brakujących sprawunków. Nie obyło się w drodze powrotnej bez błądzenia, ale szczęśliwie i przy pomocy mapki wróciłem do domku. A więc pierwsze koty za ploty. Potrafię jeździć do góry nogami i to jeszcze po lewej stronie :))
A pogoda całkiem mila. 20 stopni i lekki wiaterek.
Zobaczymy co jutro pokaże mi Nowa Zelandia.
Rano wyruszam już na jej podbój, nie ma odwrotu

7.12.2004

Po przedwczorajszej jeździe cały czas w deszczu, wczorajszym ładnym dniu i miłymi widokami. Tylko podjazdy dały mi tak w kość, że miałem wszystkiego dość. Na samym końcu trasy mym oczom ukazał się widok kilku wulkanów w parku narodowym Tangarirro.

Dziś czyli 7 odbyłem pieszą wycieczkę, tzw. tangarirro crossing. Pogoda cudna. Oby taka była zawsze. Zdjęć zrobionych sporo, nawet filmiki.

Tongarirro to miejsce czynne jeszcze wulkanicznie i najstarszy park Nowej Zelandii, a bodajże 2 lub 3 na świecie.
Więcej na ten temat po powrocie.

9.12.2004

Teraz mam troszeczkę więcej czasu, a interek nie jest taki drogi jak w poprzednim miejscu :)
Siedzę sobie w centrum informacji w Wanganui i już mam poukładane prawie wszystkie wyjazdy.

Jutro rano udaje się do Wellington, później promem do Piston, a następnie do Kaikorua popatrzeć na wieloryby, może nawet sobie z nimi popływać. Wszystko zależy, czy będzie mnie stać na wydanie dodatkowych 60 dolarów, ale jak tak sobie pomyślę, że niejednokrotnie w Wawie przepuszczałem większe kwoty na pierdoły, to pewnie się skuszę.

Pisałem wam wcześniej, że odwiedziłem Park Narodowy Tongariro. Ano tak. było tam tak wspaniale, że nie chciało się wcale wracać. pogoda przepiękna, słoneczko świeciło i cały park wulkanów był w słońcu. po prostu cud na cuda.
Zdjęcia może będą dostępne za jakieś kilka dni na stronie.

Po Tongariro crosing pojechałem śliczną drogą (dzięki Kuba) do Pipiriki (nazwa nie wiem jak tłumaczona, ale wg mnie to: sprawdzę ciebie, twój rower, a jak już sprawdzę, to będziesz zadowolony :)))

Droga niesamowita. przez chwile czułem się ja Przemek Pawłucki pchając przez 20 km ciężki rower po Islandii :))
Ja pchałem go po Nowej Zelandii, no może nie przez 20 km, a o wiele krócej, ale jednak :))

Droga oprócz tego, że była sprawdzianem dla mnie i roweru, to sama w sobie przepiękna. Rzeka Wanganui wijąca się w kanionie, niekiedy głębokim na 200 metrów. Czasami można było to porównać do wijącego się Sanu w Bieszczadach w okolicach Otrytu. Tą drogą przejechałem ponad 90 km i mając już dość szukałem noclegu.

I znalazłem! śliczną hacjendę :)) znaczy farma z przemiłą gospodynią. Zostałem zaproszony na kolacje :)) otrzymałem mile miejsce na namiot, ciepły prysznic i PIWO. A jak się gospodarz dowiedział, że mój tata jest weterynarzem to aż z zadowolenia (po ciężkim dniu strzygąc owce) się uśmiechnął :))
Nawet w Nowej Zelandii możesz Tato mi coś załatwić :) hihihi. A tak na marginesie, to byłby dla Ciebie Tato raj. Wszędzie owce i krowy. Jak okiem sięgnąć. Raj dla takich ludzi jak ty :))))))
Dowiedziałem się, że jest to średniej wielkości farma. ok. 5 tys owiec. Sic! (jak za czasów poprzedniego ustroju w pgr-ach pod Przemyślem).

Po kolacji i obejrzeniu prognozy pogody, napojony złotym płynem udałem się na zasłużony odpoczynek. Rano po śniadanku rzecz jasna angielskim, dziękując serdecznie gospodarzom udałem się w kierunku Wanganui. Tu w centrum informacji zaplanowałem dalszą wizytację hihihi Nowej Zelandii.

Postaram się odezwać za kilka dni.

10.12.2004

Przepływam właśnie przez cieśninę Cooka. Buja, pada ale jest oki. Spotykam coraz więcej fajnych rowerzystów.

13.12.2004

Kia Ore!

Jestem już w Culverden, jakieś 100 km przed Christchurch. Zmieniłem troszeczkę trasę. Wolę mieć więcej czasu niż gonić na złamanie karku tylko po to, aby zaliczyć kolejną górkę :)) a górek tu od czorta i ciut ciut :)))

Jestem już po oglądaniu waleni w kaikorua. Widok miły, jednak nie wart ceny jaką musiałem zapłacić.

Nocleg miałem w miłym miejscu. Posilony piwkiem pooglądałem za darmochę kolonie fok. Po niemiecku foka to seehund. hihihi, morski pies. ale jaja :)

Na noclegu spotkałem ciekawe towarzystwo. Niemca, który podróżował przez rok po Nowej Zelandii i wyspach Pacyfiku, Belga, który jechał po NZ , miał tyle w sobie zapału, że aż i mi się udzielał, zwłaszcza że stracił prawą nogę na motorze. Mając żelazną protezę podróżował po NZ. godne podziwu.

Poznałem tam też Czechów, barisz slowian zza Tatr. Przyjechali ładą kombi kupioną za 300 dolarów. Pracują w NZ przy winoroślach. 12 dolców za godzinę. Można sobie spokojnie dorobić, jak zabraknie kasy. A najciekawsze jest to, że nikt z nas nie znał do końca dobrze języka oprócz swojego ojczystego, a rozumieliśmy się bez problemu. Dobry klimat i chęć porozumienia robi swoje.

Pogodę mam świetną. Aż dziw, że taka dobra, mam nadzieje, że utrzyma się jeszcze długo :)_)) Pepe, czyń czary i zaklinaj pogodę. Dobrze ci to idzie.

Niebawem powinny na stronie pojawić się nowe zdjęcia. Kuba daj znać jak je tam wrzucisz.
pozdrawiam serdecznie.

ps. jak odpisujecie, to proszę nie używajcie polskich literek, bo ja mam tu tylko same robaczki i nie mogę się doczytać.

14.12.2004

Dziś ruszam w kierunku najwyższego szczytu NZ, Góry Cooka.

A wczoraj odkryłem, że mogę łączyć się poprzez gprs mając tutejszego taktaka. I chyba jest to o wiele tańsze niż normalny internet. Odkryłem również, jak należy kupować piwo, aby było b. tanio.

15.12.2004

Dziś wstałem nieco później niż normalnie. Pozwoliłem sobie na sen do ok. 9. Zjadłem, a w zasadzie spróbowałem tego, co wczoraj upichciłem. Niestety nie nadawało się toto do jedzenia. Za dużo soli. Nie pomogły rodzynki i groszek. Brrr, kiepsko wyszło mi to wczorajsze żarełko. Ale nic to. Zjadłem resztkę czekolady, 2 batony, wypiłem litr gorącej herbaty i ruszyłem kolo 11 niestety. Okazuje się, że dłuższe spanie tylko rozleniwia i rozbija dzień.

Na samym początku drogi miałem podjazd jakiś 12% a może więcej. Słoneczko grzeje, a ty człowieku ruszaj nogami. Wrr, bryndza. Jakoś wyjechałem. I co i zobaczyłem rzekę Rakaia skapana we mgle. Widok przepyszny.

Leniwie kręcąc pedałami, jakimś cudem ujechałem ok. 30 km. Wszędzie farmy, owce, krowy, konie. Wszędzie rolnictwo. Przez cały czas w oddali rysowały się, pokryte jeszcze śniegiem szczyty pasma mt. Hutt Range, przekraczające 2000 m.

Jadąc dalej, zauważyłem coś dziwnego, czego wcześniej ani nigdzie nie widziałem jeszcze. Farma świńska. Hihihi, ale świnie, a w zasadzie maciory z małymi mieszkały w ... Domkach takich, jak u nas psie budy. Wcześniej w budach widywałem kozy, ale żeby świnie? Widocznie taki tu zwyczaj, trzymać wszystko w psich budach oprócz psów. Hihihi.

Udało mi się w końcu dojechać do Geraldine. 90 km w nogach po wyjeździe ok 11 to bardzo dobrze. Na miejscu, gdzie są namioty wszyscy to rowerzyści. Jedni jadą na Aoraki, inni wracają. A ja chyba tam właśnie jadę. Zgotowawszy tym razem dobry i smaczny obiadokolacje, wypaliwszy fajkę i wypiwszy KGBblacRussian idę spać.

Jutro ruszam wcześniej. Przy dobrej pogodzie za 2 dni powinienem dotrzeć do Aoraki - Mt Cook. Życzcie mi dobrej pogody.

16.12.2004

Dziś leje cały czas. Temperatura waha się od 9 do 17 st. Udało mi się przejechać 50 km. Zmokłem calutki z wierzchu od deszczu od wewnątrz od potu. Teraz już zasypiam wykąpany, wysuszony z nadzieją na lepsze jutro. Choć jak podaje mój nadworny meteorolog (dzięki Kuba), jutro może czekać na mnie gradobicie. Ciekawe, czy grad tu pada z nieba na ziemię czy odwrotnie? Mam nadzieję, że nie bedę się musiał o tym przekonywać. Dobranoc. Hihihi

17.12.2004

Po wczorajszej całodziennej ulewie nie zostało śladu. Cala drogę świeciło słoneczko nie przekraczając 23 st. Gdyby jeszcze wiatr tak nie dmuchał w twarz, byłoby idealnie.

Wyjechałem kolo 10. W nocy jeszcze padało, a dystans do pokonania niewielki. Raptem 50 km. Ale po drodze przełęcz - Burkespass, cos kolo 720 m n.pm. Nieco przestraszony przełęczą zacząłem grzecznie jechać. Dziwnie przy tej grzeczności kilometry uciekały. Nawet się nie spostrzegłem jak dojechałem do znaku ostry podjazd 1 km. Uśmiechnąłem się tylko i ruszyłem. Za 5 min byłem na górze i miałem za sobą hihihi przełęcz. Jakaś licha ta przełęcz w porównaniu z alpejskimi w Europie.

Na przełęczy poznałem Anglika, co to od 9 lat pracuje w Tokio. Fajny wyluzowany gość. Ot tak przyjechał sobie na 2 tygodniowy, długi w kategoriach Japończyków, wypoczynek. Chyba nie chciałbym żyć w Japonii.

Dojechałem do jeziora Tekapo. Widok jak z obrazka. Naokoło ośnieżone szczyty, a na wyciągniecie ręki pomarszczona szafirowa toń lodowcowego jeziora. Zdjęcia, namiot, kąpiel i lulu. Nadworny meteorolog (dzięki Kuba) przysłał mi smsa: powyżej 800 m śnieg. A ja jestem na 790 hihihi.
Niebawem foty nowe. Jutro może w końcu zobaczę Aoraki.

19.12.2004

Pogoda spłatała mi figla. Po śnieżnej i zimnej nocy 0st, zamiast słońca, były chmury, wiatr, deszcz, a miejscami grad. W miejscu, z którego miało być widać Mt Cook było widać tylko welon z chmur i mgieł. No cóż, nie można mieć wszystkiego jednocześnie. Posiedziałem tam ok. godzinki i ruszyłem dalej do Twizel. Po drodze spotkałem znajomych Szwajcarów, Anglika i Japończyków. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że wynajmujemy w Twizel domek. Po wspólnej szwajcarskiej kolacji przyszedł czas na odpoczynek, tym razem nie w namiocie a w normalnych łóżkach. Byłem tak wykończony 60 km odcinkiem w deszczu, zimnie i pod wiatr, że usnąłem jak niemowlak.

Rano obudziłem się o 6, śniadanko przygotowane wcześniej, prysznic i o 7 już byłem w drodze do Omaru. A tam są pingwiny żółtookie. Może dziś, może jutro będę mógł je podziwiać.

22.12.2004

Jestem już w Te Anau. Jutro ruszam podziwiać najpiękniejsze fiordy świata. Nie będę mógł się kontaktować przez kilka dni. Wigilię najprawdopodobniej spędzę w owym pięknym miejscu.

Życząc spokojnych, rodzinnych świąt, proszę o wspomnienie o samotnym rowerzyście pedałującym po końcu, a może początku świata. .

24.12.2004

Jestem już po wizycie w Mailford Sound. Droga do tego pięknego zakątka była trudna, cały dzień lał deszcz no i 120 km, z czego ponad 90 pod gore. Różnica wzniesień do pokonania to chyba cos ponad 1200 m. Ale dałem radę. A co, ja bym nie dał? W jeden dzień zajechałem z Te Anau do Milford Sound. Chyba tylko Ada i Kuba Postrzygaczowie wiedzą, jaki to wysiłek. Nie znam nikogo z Polski, kto by pokonał tę drogę rowerem. No i chyba jestem 1 kto ją pokonał w 1 dzień. Hihihi. 11 godzin jazdy z czego 8 na rowerze. Reszta to przerwy, zdjęcia, posiłek.

 

Wysiłek się opłacił. Droga jest tak piękna, że nie da się jej opisać, a i zdjęcia nie pokażą, co faktycznie jest. Najgorszy był podjazd pod tunel Homera. Istna katorga. Chyba 13% nachylenia i deszcz. Na zjeździe usmażyłem tylny hamulec. Za to miałem rzadką okazję zjeżdżając podziwiać krajobraz. Droga jak z Władcy Pierścieni.

Milford Sound przywitał mnie ślicznym zachodem słońca. Rozkosz dla ducha. Opłacało się przemęczyć 120 km dla takiego widoku.

Rano udałem się na rejs. Uch, wigilia była najsmaczniejsza. Pogoda słoneczna. Cos niesamowitego. Mogę jedynie to porównać z uszkami do barszczu mojej Mamy. Zdjęcia zapewne niebawem na stronie. Takiej wigilii życzę każdemu podróżnikowi.

25.12.2004

Wyruszyłem wczoraj z Te Anau do Quinston droga malownicza i niełatwa. Jak przystało na kogoś z półkuli północnej pomyliły mi się kierunki i zamiast na północ pojechałem na południe. Dołożyłem 25 km. Cóż zdarza się. Ale w drodze otrzymałem emaila od Taty. Czytając zakręciła mi się łezką w oku.

Wróciłem na zgubioną drogę. Drogowskaz wskazywał 74 km do Walter Peak. Droga miła, farma po lewej, farma po prawej. Krowy, owce i dorodne byki. Prawie tak jak nasze dawne PGRy. Hihihi. Na nocleg zatrzymałem się w miejscu wyznaczonym przez departament Konserwacji, coś jak nasze ministerstwo ochrony środowiska z tą różnicą, ze DoC ochrania skutecznie środowisko, dbając o nie i nie przeszkadzając turystom. Kiedy u nas tak będzie?

W nogach 95 km. Robię kolację, jak zwykle makaron z fasolą. Czasu mam na tyle, że spokojnie uzupełniam dziennik.

Spanko już rozłożone. Tym razem w płachcie, nie w namiocie. Meszki zaczynają szaleć. Nie pomaga spray, jedyna skuteczna metoda, to dymek z fajki i tytoń Captain Black. Kolacja skończona. Juz chce iść się położyć, a tu podjeżdża autko, wysiada chyba Nowozelandka i ... Dostaje w prezencie świątecznym krajankę owocową z bitą śmietaną i życzenia wszystkiego najlepszego. Takie sytuacje dodają człowiekowi wiary i sił.
Oki, idę spać.

Godz. 2 w nocy. Budzi mnie deszcz. Szybko staram się rozbić namiot. Łamie przy tym jeden z masztów. Ale mam zestaw naprawczy. Wskakuje do namiotu. Następnym dźwiękiem jaki słyszę, to get up, od zbieracza opłat za tzw. miejsce do spania.

śniadanko 26 grudnia. Ruszam dalej. Fajnie jest tylko przez chwilkę. Po wyjeździe z lasu przez następnych 45 km wiatr wieje prosto w twarz skutecznie zwalniając prędkość jazdy do 8 km/h. Nawet przy zjazdach muszę pedałować. Do tego jeszcze deszcz. Nie poddaje się. W koło piękne widoki. Spotykam 2 rowerzystów z Niemiec. Maja dobrze, im wiatr wieje w plecy.

Wreszcie docieram do przeprawy promowej, gdzie trafiam na małżeństwo Kanadyjczyków. 20 min rozmowy. Dowiaduje się co i gdzie warto zobaczyć, a gdzie się zatrzymać na nocleg. Za rok chcą odwiedzić Polskę. Wymieniamy emaile. Czekam dalej na prom do Queenstown.

26.12.2004

Siedzę tak sobie w nowozelandzkim zakopanym i słyszę głównie polską mowę. Hm, przez prawie miesiąc nie słyszałem polskiego, chyba że przez telefon. A tu na deptaku obok niemieckiego, japońskiego słyszę polski. A wśród Polaków Marek Niedźwiedzki z przyjaciółmi bądź rodzina. Same dziwne rzeczy się wkoło mnie dzieją.

Dziś przejechałem tylko 60 km, ale czuje się jakbym przejechał 120. Prawie cały czas pod wiatr i to tak silny, że nawet z ostrej góry musiałem pedałować.
Jutro może do Wanaka.

PS. Są już nowe zdjęcia na stronie. Zapraszam zatem do ich oglądnięcia :))
Ja ich jeszcze w sieci nie widziałem.

29.12.2004

Jestem już na wschodnim wybrzeżu. Pada cały czas, ale jest wspaniale. Takich lasów deszczowych to chyba nie ma nigdzie indziej. No może dżungla jest troszeczkę podobna. Za 2 dni powinienem dotrzeć do lodowców Fox i Franciszka Jozefa. Tam chyba posiedzę ze 2-3 dni. Zobaczę, jak się ułoży z pogodą.

Jeśli chodzi o fale tsunami, to tu, do Nowej Zelandii nie dotarła, a przynajmniej ja nic o tym nie wiem. A o tym, że było wielkie trzęsienie ziemi dowiedziałem się z maila. W każdym razie żyję i mam się całkiem dobrze. No może jestem znacząco popodgryzany przez wredne meszki. Ale to nic. Gryzły mnie już inne owady i jakoś przeżyłem.
Niebawem, jak będę miał zasięg komórki, napisze cosik więcej.

Pozdrawiam Wszystkich i życzę Wam Najlepszego w Nowym Roku

01.01.2005

Pozdrawiam z Fox Glacier
U mnie już zaczął się Nowy 2005 Rok.
Wszystkim życze zdrowia, szczescia i mnostwa przygod.

03.01.2005

Jestem już po odwiedzeniu wielkich lodowców półkuli południowej; Fox i Franz Josef. Po opuszczeniu zalanej deszczem Makarory, dojechałem do miasteczka Haast. Tam rozbiłem obóz. Haast jest już w Westlandzie. Znaczy to tyle, że w końcu dojechałem do West Coast, czyli nie jak pisałem poprzednio do wschodniego, a do zachodniego wybrzeża.

Westland powitał mnie pogodą słoneczną z domieszką deszczyku. Ale nie mogło być inaczej. Tu pada 6 m wody rocznie. Z Haast 31.12 dojechałem do Fox Glacier. Znów pokonałem samego siebie, przejeżdżając 130 km. W towarzystwie Jimiego, czas upływa jakoś szybciej. Po drodze mijamy wspaniałą zatokę nad Morzem Tasmana i następną, gdzie na kamieniach stoi rozbity i chyba wyrzucony z morza volkswagen Golf 2, taki sam jak mój. Jadąc dalej dostaję nieoczekiwanie miły prezent. Na drodze znajduję myśliwski nóż. Prezent jest bardzo przydatny. Docieram w końcu późnym wieczorem do "Foxa".

Sylwester w otoczeniu majestatu górskiego jest wspaniałym przeżyciem. Rano z lekkim kacem jadę obejrzeć lodowego olbrzyma. Hm, olbrzym jest wspaniały. 4 godziny spędzam na przyglądaniu się i fotografowaniu. Dopiero deszcz mnie wygonił. Wracam zadowolony i ruszam do następnego olbrzyma, oddalonego "zaledwie" o 25 km. Dojazd jednak jest koszmarnie trudny. Dwa strome podjazdy potrafią wykończyć każdego. Jednak widoki z drogi rekompensują całe zmęczenie.

Jestem w Franc Josef. Rozbijam namiot i czem prędzej udaje się na małą randkę z wielko białym olbrzymem. I znów dostaje niesamowity prezent. W dolinie przy lodowcu jestem tylko ja. Wspaniałe przeżycie. On i ja, a po drugiej stronie doliny, nad morzem wspaniały zachód słońca. Rano pobudka, muszę Jego Cesarską Mość zobaczyć ponownie. Tym razem także z samej góry. Wykupuje lot na lodowiec. Cos niesamowitego. Czysta, niczym nie skalana biel śniegu połączona z błękitem nieba. Efekt jest niesamowity. Chciałoby się tam zostać na zawsze. Tam chyba zrozumiałem co dla himalaistów znaczy wspinaczka na dach świata.

Po tej uczcie, po raz 3 ruszyłem na spotkanie z imperatorem. Ponownie rowerkiem do doliny. Pogoda była świetna. Słońce świeciło raz bezpośrednio, raz przez chmury. 5 godzin na kontestacje i sesje fotograficzna. Na koniec, już jak miałem 3 metry do lasu, Jego Wysokość Cesarz ukazał się w całym swoim majestacie. Widok, którego nie zapomnę do końca życia, tak jakby chciał powiedzieć: "zegnaj przyjacielu z Galicji"

Dziś jest już 3 stycznia. Ruszam dalej. Jeszcze kilka dni na West Coast, później Rotorua. A jak wystarczy czasu, może na koniec cos specjalnego. Powoli zaczynam też w głowie układać plan następnej wyprawy. Zapewne też samotnej. Tym razem znacznie bliżej i krócej.

07.01.2005

Moja przygoda z Wyspą Południową dobiegła końca. Po przejechaniu ok. 2000 km jestem znów na promie. Płynę przez Cieśninę Cooka do Wellington.

Ostatnio miałem pogodę dość mało ciekawą. Praktycznie lało cały czas z przerwami na nielanie. Wiało też często, ostro i do tego w twarz, co w połączeniu z deszczem dawało mało ciekawy zestaw. Po dojechaniu do miejscowości Roos oczywiście w deszczu rano ruszam dalej. Ale wiatr i pompa z nieba nie pozwalają mi przejechać więcej niż 40 km. Ale udaje mi się wreszcie dokładnie przyjrzeć lasowi deszczowemu na West Coast. Mam nadzieje, że i zdjęcia będą dobre.

Dojeżdżam do Hokitiki. Mam dość wszystkiego. Zimni, mokro i wieje chyba z 10 boforta. Nocleg. Uf, suszenie, gorący prysznic, kolacja i spać. Może ranek okaże się łagodniejszy. Tia, nic z tego. Leje całą noc. Próbuję dotrzeć do Graymounth. Po kilku godzinach docieram do oddalonego o zaledwie 45 km miasteczka. Po drodze przejeżdżam przez 2 mosty drogowo-kolejowe. Ciekawa koncepcja inżynieryjna. W deszczu próbuję zrobić zdjęcia tych cudactw.

Dojeżdżam wreszcie. Decyduję się na autobus do Nelson. Skracam sobie drogę rowerem o ok. 90 km. Na szczęście autobus zatrzymuje się przy "Naleśnikach", formacjach skalnych leżących na sobie jak naleśniki. A erozja wodna czyni dalsze rzeźbienie. Coś niesamowitego. Dziwnym trafem na jakąś godzinkę przestaje padać. Dziwna ta pogoda. Ale jak tylko wsiadłem do autobusu, zaczyna lać. Leje aż do Nelson.

Na drugi dzień jazda do Picton. Może na zakończenie mojej przygody w tym życiu z Wyspą Południową natura da mi troszeczkę wytchnienia. No i daje. Pogoda wymarzona dla rowerzysty. 19 stopni, lekki wiaterek i trochę chmur. Stał się cud. Wlatuje jak na skrzydłach na 3 przełęcze. W sumie jakieś 800 m w pionie. Droga pyszna. Można się delektować każdym metrem. 100 km i nocleg. Rano pobudka o 5.30. Prom o 8, a przede mną 23 km wspaniałej trasy. Zdążyłem na 5 min przed odpłynięciem. Jestem na promie.

Dzięki Kubie Postrzygaczowi są już na stronie dostępne nowe fotki. Jest ich już ponad 100. Dzięki Kuba.

09.01.2005

Jestem teraz przed jednymi z największych atrakcji w Nowej Zelandii, przed oglądaniem "żyjącej Ziemi", czyli systemu silnej aktywności geotermalnej. Strefa ta to Taupo Volcanic Zone, rozciągająca się na długości 250 km a szeroka na 30-80 km. Od White Island na północy, po 3 kratery wulkaniczne Tongariro na południu. Dodatkowo obszar ten jest mocno związany z kulturą Maorysów.

Po przypłynięciu do Wellington, rozstałem się z Jimem wypijając piwko i udałem się w odwiedziny do najdalszej polskiej placówki dyplomatycznej, czyli do Ambasady RP w Nowej Zelandii. Pan Ambasador z małżonką byli zaskoczeni wizytą rowerzysty z Polski, choć chyba 2 lata temu odwiedzili Ambasadę Ada i Kuba Postrzygaczowie również na rowerach. Ambasada mieści się w górującym nad miastem, a z okien salonu roztacza się wspaniały widok na miasto i morze. Ale podjazd z poziomu portu był dla mnie niemal morderczy. Po wspanialej kilkugodzinnej rozmowie i pamiątkowym zdjęciu przy fladze ruszam do hostelu. Czas rozciągnąć na łóżku zmęczone mięśnie :))).

A w pokoju zastałem spotkanego miesiąc wcześniej Duńczyka. I ja i on mocno się zdziwiliśmy. Duńczyk niestety nie skończył swojej wyprawy. Uległ poważnemu wypadkowi. Po dłuższej rozmowie, udałem się na zwiedzanie wieczorem stolicy. Główna ulica tętniła życiem dziesiątek pubów, kafejek i dyskotek. Kupiłem sobie wielkiego loda i siedząc obserwowałem tutejszą młodzież. W Polsce z pewnością jakiemuś wyrostkowi by się to nie spodobało. W Wellington nie zwracali na mnie uwagi. Kiedy tak będzie np. w Nowej Hucie czy w Warszawie? Wracam, prysznic i zasypiam w sześcioosobowym pokoiku.

Rano pobudka i na pociąg. Stacja dla mnie docelowa to Waioru. Wellington zaczęło płakać (czyt. zaczęło lać), że wyjeżdżam :))). Dojeżdżam do stacji docelowej, a przynajmniej tak mi się wydaje, ale pociąg się nie zatrzymał. W głośniku słyszę nazwę następnej stacji. Podchodzę do kierownika pociągu. Kobieta o rysach maoryskich zastanawia się jak to możliwe, że pociąg się nie zatrzymał. Okazało się, że maszynista przegapił stację.. Ale na następnej stacji już czekał na mnie samochód i zawiózł mnie i rower tam gdzie powinienem wysiąść. Przy okazji okazało się, że kierowca miał pradziadka Polaka. Nocuję w ogródku miłej starszej pani z widokiem na najwyższy szczyt Wyspy Północnej i czynny wulkan - Mt. Ruapehu (2787), który wspaniale pod wieczór się odsłonił.

Pobudka o 6.45. Ok 8 ruszam na DesertRoad. Przez 20 km, do najwyższego punktu drogi (1074 m) pogoda jest znośna. Później, przez 45 km pada deszcz, a temperatura spada do 9 st. Prawie jak w Polsce tej zimy. Zmoknięty i zmarznięty ląduję na kempingu w Tokaanu, gdzie są dostępne termalne kąpiele. Temperatura wody sięga 40 st. Należy mi się solidna kąpiel, co oczywiście czynię. Zmęczenie przechodzi. Czuje się jak w niebie. A może ja w nim jestem?

15.01.2005

Odpocząłem nieco w tej kąpieli. Było super. Wieczorem zażyłem jeszcze kąpieli w wielkiej wannie z bąbelkami. Kolacja i spać. Rano jak zwykle pobudka. Niestety znów deszcz. Słyszę jak krople deszczu tłuką się o namiot. śpię dalej. A co. nie mam ochoty jechać w deszczu, zresztą mija się to z celem. Czasu mam jeszcze kilka dni, a do zobaczenia całe mnóstwo atrakcji.

O godz. 15 przestaje padać. Szybka decyzja: pakować sprzęt i jazda do Taupo - ok. 65 km. Decyzja trafna. Słoneczko wyszło, temperatura odpowiednia, 18 st. C. Tak powinno być zawsze jak jadę :) Jezioro Taupo jest piękne samo w sobie. Po drodze robie kilka przyjemnych fotek i docieram do miasteczka o tej samej nazwie. Chwilkę zwiedzam, ale co tu zwiedzać, raptem kilka ulic na krzyż. Szybkie piwo i kemping.

Rano znowu zabawa w składanie całego majdanu. Ruszam ok. 8.30. Wjeżdżam z kempingu na górkę i oczom ukazuje się wspaniały widok parku Tongariro i ośnieżony wulkan Mt. Ruapehu. Widok niesamowity. Dodatkowo czyste niebo. Z punktu widokowego zjeżdżam do wodospadu Huka - to wąskie gardło rzeki Waikato. Rzeka ta jest szeroka na ok. 20 m i głęboka na jakieś 3-5 m. A musi się zmieścić w gardle o szerokości ok. 5 m. Efekt niesamowity, miliony litrów spienionej białej kipieli przelewają się z olbrzymia prędkością. Coś wspaniałego. Nad tym gardłem przerzucony jest mostek, z którego można podziwiać białą kipiel. Dla chętnych jest atrakcja w postaci motorówki, która podpływa pod tą kipiel. Mnie to nie interesuje. Wole popatrzeć sobie z góry i poobserwować. Oczywiście robiąc przy okazji zdjęcia.

Ruszam dalej. Następną atrakcją jest Krater Księżycowy. Krotko mówiąc gorąca ziemia, ziejąca oparami siarki. Coś jak brama piekieł. Wszędzie unoszą się dymki, bulgocze woda, jakby za chwilkę miał wyleźć z jakiejś dziury Boruta albo Rokita. Widok wspaniały. Dodatkowo w tle ośnieżony szczyt Mt. Ruapehu. Takie zjawiska widzę po raz pierwszy w życiu. Uczyłem się o tym na studiach, ale co innego uczyć się z obrazków, a co innego oglądać to na żywo. Po ok. 3 godzinach przyglądania się ruszam na spotkanie z strefa termiczna 1 Waiotapu. Podobno jest strasznie kolorowa. Przyjeżdżam o 16.30. Miła panienka w okienku z uśmiechem mówi, że zamknięte. A ja, że nie mam gdzie spać. Panienka wykonuje telefon i mówi, że mogę namiot rozbić w parku naprzeciw, a jeśli mam ochotę to poniżej mostu jest gorący strumień i mogę się tam wykąpać. Rozbijam namiot, kolacja, podziwiam panoramę całego obszaru termalnego przy zachodzie słońca, gorąca kąpiel w naturalnych warunkach i spanko. Rano, o świcie odwiedzam pole bulgoczącego błota. Bąble są wspaniale. Wspaniale lśnią we wschodzącym słońcu. Na te bąble można się patrzeć całymi godzinami. Niestety nie mogę tak długo, o 8.30 otwierają strefę. Jestem jako jeden z pierwszych przy bramie. Miła panienka poznała mnie i spytała, czy dobrze mi się spało i czy pływałem w gorącym strumyku.

Strefa faktycznie jest strasznie kolorowa i robi na człowieku fantastyczne wrażenie. Z ziemi wydostają się opary różnego koloru, barwiąc powierzchnie wszystkimi odcieniami tęczy. Dodatkowo woda w jeziorkach przybiera także różne kolory od zielonego poprzez turkusowy do niebieskiego. Czasami nawet jest zabarwiona na żółto. O 10.15 jadę kilometr dalej podziwiać gejzer mydlany. Dlaczego mydlany? Ano dlatego, że sam nie chce wypluwać wody, ale jak się do niego wsypie nieco mydła to zaczyna się fantastyczny spektakl. Fontanny wody wylatują na ponad 10 m.

Po mydlanym gejzerze ruszam odwiedzić następną, bardziej dziką strefę termiczną. Waimangu. Usytuowana jest w pobliżu Jeziora Tarawera przy jeziorze Rotomahana. Ta strefa jest bardziej .rozciągnięta, ma jakieś 4-5 km długości. Jest mniej kolorowa, ale za to bardziej dzika. Spędzam tam kilka godzin, podziwiając i fotografując. Zatrzymuje się wielokrotnie i podziwiam piękno natury, piękno, które powstało w wyniku olbrzymiego wybuchu Mt. Tarawera w XIX wieku.

Wieczorem dojeżdżam do stolicy termalnej, do Rotorua. W informacji turystycznej spotykam znajomego Japończyka z córką. Spotkałem ich w okolicy Mt. Cook jakieś 3 tyg. wcześniej. Kemping za 9 NZ$. Rano następnego dnia zwiedzam strefę termalną w Rotorua i podziwiam gejzery i bąble błotne. Bąble to moje ulubione twory geotermalne. Mógłbym obserwować je całymi dniami. Są fantastyczne.

Następnie udaje się w kierunku Zniszczonej Wioski przez wybuch Mt. Tarawera. Hm, w zasadzie to nie ma tam nic ciekawego. Zrekonstruowanych kilka chat I opisy kto w nich mieszkał. Szkoda moim zdaniem na to czasu i pieniędzy. Lepiej pojechać 2 km dalej i podziwiać Mt. Tarawera w całej okazałości. Bez wierzchołka oczywiście, bo ten został stracony podczas ostatniego wybuchu.

Wracam do Rotorua i spokojnie czekam dnia następnego.

17.01.2005

Moja rowerowa wyprawa dobiegła niestety końca. Szczęśliwie dojechałem do Auckland, gdzie zatrzymałem się u Ady i Kuby Postrzygaczów.

We czwartek wsiadam do samolotu i odlatuje z pięknej Nowej Zelandii do Niemiec, gdzie przesiadam się w mojego przepięknego Strucla, czyli VW Golfa i jadę do Warszawy. Podróż z Nowej Zelandii do Niemiec (22000 km) będzie trwała mniej więcej tyle samo ile z Frankfurtu n/Menem do Warszawy - ok. 30 godzin.

Trzymajcie za mnie kciuki. Podróż po polskich drogach nie należy do najłatwiejszych :))




Przewodnik rowerowy i atlas drogowy w pdf-ie



Mapa trasy