Aktualne nasze wyjazdy i pokazy slajdów

Maroko 2017b część 13 ostatnia czyli zakończenie

Czytanki i Czytacze, to już jest koniec mojej podróży po Maroku, ale nie w głąb siebie.

Pojechałem do Maroka aby załatwić nieco spraw ze sobą. Wyjazd nie był łatwy ani prosty, a na samym początku i niezbyt przyjemny. Nieprzyjemny, bo Święta, bo Sylwester, bo daleko od wszystkich bliskich.

Na szczęście w miarę kilometrów, czasu i rozmów z przyjaciółmi w kraju i obcymi tutaj, zaczęło się fajnie wszystko układać.

Czy osiągnąłem to, po co przyjechałem? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak. Przynajmniej częściowo. Czy w całości dogadałem się ze sobą? Nie wiem i pewnie długo się nie dowiem, o ile kiedykolwiek.

Wiele spraw przestało istnieć, wiele się wyprostowało lub nabrało zupełnie innych barw. Część z nich stała się prosta, część zabawna, a część najzwyczajniej w świecie zniknęła, odeszła i mam nadzieję, że więcej już nigdy nie wróci.

Odeszło wiele lęków. Czy przybyły nowe? Nie wiem. Życie składa się z wielu kolorów. Do tej pory znałem tylko czerń i biel. A przecież są jeszcze odcienie czerni i bieli, i wiele innych barw. Wszystko ma swój wymiar i swoje miejsce w czasie i przestrzeni.

My jesteśmy tylko niewielką cząstką czegoś, co jest wokół nas. A nasze problemy są olbrzymie tylko dla nas. To tak, jak w piosence Okudżawy o niebieskim baloniku. Bardzo ją lubię i często słucham podczas wypraw rowerowych czy dłuższego biegania w terenie. To tak, jak dla małego chłopczyka, wielkim problemem jest urwane koło z ulubionej ciężarówki. Dla starszego chłopca, to nie problem, bo jakie tam koło. Przecież można przykleić, albo kupić nową. Ale dla dzieciaka, to wielki problem. Tak samo i z życiem. Każdy ma problemy na swoją miarę. Ważne, aby potrafić je opanować i nie użalać się nad sobą. Twardym też nie ma po co być za bardzo. Bo twardy jest czołg, a nie człowiek.

To była moja najdłuższa i najtrudniejsza a zarazem najwspanialsza podróż. Najdłuższa, bo faktycznie, nie byłem jeszcze na tak długiej samotnej wyprawie. Nawet w Nowej Zelandii nie byłem sam przez tak długi czas. Najtrudniejsza, bo zmagałem się z samym sobą, ze swoimi problemami i swoimi rozterkami. Najwspanialsza, bo dogadałem się, mam nadzieję, ze sobą. Wiem, przynajmniej w części, czego mi brakuje, czego bym chciał, a czego nie chce i co jest dla mnie złe, a co jest dobre. Bo poznałem wielu fantastycznych ludzi. Bo zobaczyłem to, czego wcześniej nie widziałem w sobie i wokół siebie. Bo się uspokoiłem. Nigdy też, nie wsiadałem do samolotu z zadowoleniem spełnionej misji, a jednocześnie z niedosytem, że to było, jest, za mało, że powinno to trwać jeszcze dłużej. Jak długo? Nie wiem.

Zrozumiałem też, a może przede wszystkim, że szczęście sami kreujemy. I, że jedne drzwi się otwierają, jak inne się definitywnie zamkną. Tak się dzieje wokół mnie od pewnego czasu. Coś się kończy, coś się zaczyna. Może wreszcie przestanę się bać "zamykać drzwi".

I oby to była prawda, a nie sen. Zrozumiałem też, że warto być uśmiechniętym i uśmiechać się do innych ludzi, że warto dawać dobro i być dobrym także dla siebie. Jeżeli Ty czujesz się dobrze, to Świat wokół Ciebie też taki jest i oddaje Ci to, co Ty mu dałeś.

Przeglądając dziś fotki, znalazłem jedną, która, hm, jest odbiciem tej podróży. Ciekawe, dlaczego dopiero teraz ja zauważyłem?

"coś się kończy, coś się zaczyna"



Mam nadzieje, że dobrze Ci się czytało te moje pisanki. Po raz pierwszy w całości zostały napisane bez grama markoli.

Chciałbym na swoją 50tkę stanąć na Białym Kontynencie. Wykonalne? Insz Allah.


PS. Moje nowe motto:

SZCZĘŚLIWY CZŁOWIEK TO WOLNY CZŁOWIEK






Maroko 2017b część 12

Witajcie moje Drogie Czytanki i Drodzy Czytacze,



Wyjechałem z pięknego targowego miasteczka, nigdzie się nie spiesząc. Wyjechałem ok. 11, a miałem do przejechania niewiele, bo jakieś 65 km. Nie śpieszyłem się z wyjazdem, bo do czego miałem się spieszyć? Do Agadiru? Do turystów? Po co? Chciałem zaczerpnąć jeszcze tych ostatnich smaków dzikiego Maroka, bez turystów Maroka. Dotknąć raz jeszcze atmosfery nieskażonej turystyczną bryndzą. Odwzajemnić szczery i bezinteresowny uśmiech. Przejść się wśród straganów i wejść do sklepików z najnowszymi smartfonami. Tak, to chciałem jeszcze. Wiedziałem, że następne takie miejsce będzie za Insz Allah. Może za miesiąc, a może za rok, a może wcale. Insz Allah jak mawiają wszyscy w Maroku i nie tylko tu, jak mawiają Muzułmanie. To coś, jak nasze dawne, "jak Bóg da", już tak bardzo zapomniane. Czasami można je jeszcze usłyszeć z ust starszych pań we wschodniej części Polski.
Ruszyłem pod górę nieśpiesznie. Góra przecież nie ucieknie, góra jest tam od zawsze. Nawet była tam wcześniej, niż Mahomet.














Góra, pod którą miałem wjechać. Jedna z ostatnich gór na moje prawie 3 tysiąc kilometrowej włóczędze po moim drugim ukochany kraju.
Zostało mi do lotniska niewiele, ponad 150 km. Banał i prostota. I znowu jechałem przed siebie, pośród gór, mijali mnie, albo ja mijałem uśmiechających i pozdrawiających Marokańczyków. Szkoda, że w moim kraju tak się ludzie nie uśmiechają.
Przejechałem te 70 km i czas było rozbić namiot. Była to ostatnia noc w namiocie, pod starym drzewem arganowym. Nocleg, gdzie mogłem znowu pobyć sam ze sobą, gdzie miałem całą przestrzeń dla siebie. W oddali ośnieżone szczyty Atlasu Wysokiego i zachodzące Słońce, a po drugiej stronie jezioro i zapora zapewne z elektrownią. Księżyc przez pół nocy oświetlał okolicę, nie był w pełni, ale światło sierpowe wystarczało aby nie czuć się zupełnie samotnie.
Wyspałem się jak rzadko kiedy. Świeże, górskie powietrze i księżyc zawsze działają na mnie kojąco. A rano PRZEMYŚLana KAWA, ostatnia torebka czegoś fasolowego i jazda w kierunku Agadiru, do którego nie miałem dojechać.
Po drodze, ostatnie "rzuty okiem" na ośnieżony Atlas, następna górka do wjazdu, tadżin, następna górka (no nie taka górka, 6 km podjazdu i 400 m w pionie), posiłek w sklepiku.
Ten ostatni przystanek zapamiętam na długo. Młody chłopak, poczęstował mnie jeszcze ciepłym chlebkiem i dwoma miseczkami oleju. Jedna z olejem z oliwek, a druga z arganowym. Oba przepyszne, oba świeżutkie, oba wspaniale pachnące. Do tego ciepły chleb. Uczta w gębie dla zmęczonego rowerzysty. Chłopak wraz z siostrą i rodzicami prowadził oprócz sklepiku, gospodarstwo olejowe, o ile można tak powiedzieć. Mieli trochę drzew arganowych i produkowali z ich owoców olej, który eksportowali do ... Równego na Ukrainie. Tak, na Ukrainę. Nawet kilka słów po rosyjsku znał. Wiedział też, że przed wojną, tam była Polska. Chwalił Maroko, Chwalił króla, mówił, że Maroko jest wspaniałym miejscem do życia. Po drodze rozmawiałemz wieloma ludzmi i nie wszyscy tak entuzjastycznie wyrażali się o życiu w Maroku. Oczywiście wszystko zależy od potrzeb, wizji, misji czy czegoś tam. Mamy tak samo. Jedni z nas chwalą życie w Polsce, inni narzekają. Jedni wyjechaliby natychmiast, inni za nic w świecie. Punkt widzenia zależy od wielu czynników. Ten jegomość, nie chciał wyjechać. Spotykałem też takich, którzy byli w Niemczech i wrócili. Niektórzy musieli inni, bo chcieli lub nie odnaleźli się w nieznanej im kulturze. Każdy szuka swojego miejsca na Ziemi. Jedni je znajdują szybko, inni szukają dłużej, a jeszcze inni szukają przez całe swoje życie i niekoniecznie je znajdują. Ot, taki los. Przy okazji, po drodze, udało mi się także zobaczyć i nieco samemu skosztować oleju z oliwek zaraz po wytłoczeniu i zaznać nielekkiej pracy wyciskacza olejowego.










Dojechałem w końcu na przedmieścia Agadiru, w znajome miejsce, gdzie byłem już kilka razy. Zakotwiczyłem w znajomym hotelu przy rondzie na przedmieściach, w miejscowości Izgane, w hotelu, który daje zniżki 30% dla żołnierzy. Nie wiem, czy dla innych niż marokańscy, ale spotkałem się z czymś takim po raz pierwszy. Znaczy po raz pierwszy podczas tego wyjazdu, bo wcześniej mieszkałem w tym miejscu i znałem tę jego zacną cechę.
Miałem ochotę pojechać na plaże, żeby w końcu zamoczyć nogę w Atlantyku, ale ugrzązłem na dobre wśród gwaru suku, nawoływań do modlitwy a wrzaskiem naganiaczy autobusowych. Bo Izgane jest dworcem przesiadkowym z Sahary, Marakeszu, Casablanki, Warzazat i innych miejsc. To jeden z większych dworców autobusowych, postój Grande Taxi i jeden wielki bazar. Turystów też na szczęście niewielu. Bo co mieliby robić tu, kiedy 10 km dalej jest Agadir i jego turystyczne atrakcje (ja co prawda nie znam żadnej).
Uwielbiam ten zgiełk, ten zapach spalin mieszający się z zapachem pieczonej ryby, gotowanych ślimaków czy smażonych naleśników lub pizzy berberskiej, zapachu omleta, kawy, tadżinu i przypraw ze straganu obok. Ta kakofonia smaków, zapachów, dźwięków jest fantastyczna. Co prawda, długo nie da się w niej być, ale 1-2 dni, to fantastyczne uczucie. Dodatkowo, poszlajałem się bez celu po suku i odkrywałem nowe jego zakamarki. Od wypasionych butików, po śmietnisko, na którym przedmioty uzyskują nowe drugie, trzecie czy nawet 10 życie. Uwielbiam takie miejsca. A pochowane w tam "stołówki" wręcz kocham.








Zrobiłem też zakupy, po 100 gram imbiru, kurkumy i cynamonu, patyczki do czyszczenia zębów zamiast pasty i szczoteczki. Niewiele tego, bo i limit bagażu niewielki, ale zawsze coś. Skarpetki, koszula na podróż, spodnie (tym razem zielone) , trzymadło do telefonu, jabłka, truskawki i 2 puszki z sardynkami. Ot, niewielkie zakupy. Obiecałem sobie, że niebawem przyjadę na większe. Można to zrobić za relatywnie niewielkie pieniądze. A kupić można naprawdę fajne rzeczy, poza oczywiście szlakami turystycznymi. Bo tylko w takich miejscach nie przepłaci się, bo tam, jesteś jednym z nich, a nie turystą, który może zapłacić trochę więcej. Należy jednak pamiętać, że jak się jest w miejscach turystycznych, czyli, gdzie jest cała masa turystycznej gawiedzi z całego świata, to można przepłacić. Ale należy zrozumieć, że oni tam pracują. To tak, jak na Krupówkach, czy Monciaku, ceny byłby takie, jak na rynku w Orłach lub Wielkich Oczach. Tam gdzie jest turysta, ceny zawsze są wyższe. I nie ma się czemu dziwić. Tak jest, tak było i tak będzie czy się to nam podoba, czy nie. Ja mam swoją metodę na naciągaczy i naganiaczy. Działa zazwyczaj w 90%. A to już jest całkiem sporo.

Ale wszystko dobre szybko się kończy. Tak i ta wycieczka niestety się zakończyła. Bez problemu zaokrętowałem się do samolotu i lecę. Wracam do rzeczywistości. Żal, że te 6 tygodni tak szybko minęły. Nigdy, nie miałem tak wielkiego uczucia niedosytu. Ale nie tego związanego z jazdą, choć trochę też, ale tego związanego z byciem ze sobą.




Maroko 2017b część 11

Ahoj Czytaczki i Czytacze,

Wyruszyłem w kierunku przełęczy Tizi n'Test z wysokości jakieś 500 m n.p.m., a sama przełęcz ma 2092 m.n.p.m, chociaż na samej już górze, hotele mają napisane 2100 m.

Wyruszyłem z samego rana i jechałem raz do góry, a raz na dół. Teren dość pofałdowany i nie dawał wytchnienia.

Po drodze w w kafejce spotkałem dwójkę Polaków, będących na objazdówce samochodem po Maroku. Wypiliśmy kawę i pogadaliśmy. Co mnie zniesmaczyło? Ano to, że wyrażali się z ironią o oddających cześć Allahowi Marokańczyków, oraz o nawoływaniu mułazina do modlitwy. Nigdy nie podobało mi się takie i podobne podejście do wyznawców jakiejkolwiek religii. Religia jest sprawą prywatną każdego człowieka. Polska jest w większości krajem katolickim i chcielibyśmy, aby goście szanowali naszą kulturę i nasze zwyczaje. My chcemy, ale czy my szanujemy innych? To spotkanie dało mi sporo do myślenia. Skąd w nas, skądinąd społeczeństwie wychowanym w wartościach chrześcijańskich, bierze się tyle pogardy i tyle agresji wobec innych kultur, innych zwyczajów, innego koloru skóry? I nie mam na myśli sytuacji politycznej w Polsce. Bo nasza, Polaków natura, jest niezależna od tego kto nami "rządzi".

Doczłapałem się do krzyżówki Agadir - Marrakesz. W lewo jakieś 120 km, w prawo 1600 metrów w pionie do góry. Ale przecież po to tędy jadę, po to, aby przelecieć przez tę przełęcz. Po to, zmierzyć się ze sobą, po to, aby nie ulec słabościom, po to wreszcie aby jechać przed siebie, aby być wolnym człowiekiem, wolnym i szczęśliwym. Tak, po to tu jestem i po to tędy jadę. Mogłem wygrać milion innych miejsc, innych dróg, a wybrałem tę jedyną.

Droga faktycznie cudowna, zachwycająca swoimi widokami i nie taka trudna. Bywały trudniejsze przełęcze. A ta? Ta przez to, że najzwyczajniej w świecie jest na mojej drodze, bo przecież sam ją wybrałem, nie jest trudna, ale jest piękna.

Wyliczyłem, że na samej przełęczy powinienem być w okolicach 18. godziny zbytnio się nie śpiesząc. Po drodze mijałem rowerzystów, a w zasadzie to oni mnie mijali, piechurów i pędzących motorkowców.

Najbardziej zafrapował mnie jeden piechur. Szedł do Marrakeszu z Gulmim. Gulmim to miasto - brama na Saharę. Byłem tam w drodze do Dakhli. No kawał drogi miał gość do przejścia jeszcze. Ale szedł, szedł i szedł. Co ja przystanąłem to on mnie nieco doganiał. Poczęstowałem go wodą i mandarynkami, które sam dostałem od rolników przed skrętem w prawo na przełęcz. Wodą zawsze się dzielę z każdym. Nawet jak mam jej nie za dużo. Woda daje życie. A poza tym, jeszcze się nie zdarzyło, aby ktoś nie podzielił się nią ze mną. On szedł, ja jechałem, ja jechałem, on szedł. Dzięki temu, że on szedł, a ja jechałem, mogłem mu zrobić kilka zdjęć. A on dalej szedł. Gdzie jest teraz? Nie mam pojęcia. Z dużym prawdopodobieństwem, gdzieś przed Marrakeszem. On szedł, a ja jechałem. Dojechałem do przełęczy dokładnie o tej godzinie, a której sobie wyliczyłem, że dojadę.

Wcześniej, tuż przed przełęczą, spotkałem małżeństwo Niemców w starym, przerobionym na kampera autobusie typu nasz ogórek. Kilka zamienionych słów i narzekanie ich na stan drogi. Ech, to nie są Niemcy tylko Maroko. Drogi i tak są genialne, a ta jest też remontowana. No ale ponarzekać musieli. Może narzekactwo, nie jest tylko nasza cechą narodową? A może ci państwo byli z dawnego DDRu? Nie pytałem, pojechali.

Miejscówka na przełęczy miła i sympatyczna. Czysta i zadbana. Potargowaliśmy się. Utargowałem 1/3 ceny. Kolacja i śniadanie w cenie. Kolacja wypas, śniadanie zresztą też. Kominek i bijące z niego ciepła i magiczny płomień. Kocham takie miejsca, kocham kominki a szczególnie te otwarte.


Widok z samego rana zapierający dech. Nade mną światło słoneczka zza chmurek, a pode mną biały dywanik z chmur. Czułem się tak, jakbym był w niebie. Tylko brakowało mi jakiegoś anioła.

Pojechałem dalej, w dół w kierunku Marrakeszu. Zjazd jeszcze piękniejszy niż podjazd. Piękne wioski przylepione do zboczy, sklepiki, meczety, wszystko w kolorach skał otaczających. I tylko suszące się kolorowe ubrania i koce dodawały odmienności i wskazywały, że tam ktoś mieszka. W jednej z wiosek, zakupiłem podkowę dla osła. Podczas mojej pierwszej wizyty w Maroku w 2008 roku, byłem zafascynowany pracą kowala podkuwającego osła. A teraz mam oślą podkowę.

Po 2 dniach dojechałem do Marrakeszu. Hm, pamiętam to miasto sprzed 10 lat, kiedy razem z Grześkiem Karnasem byliśmy tam także na rowerach.

Plac Dżamal Elfna niczym się nie różnił niż 10 lat temu, no może zwielokrotnioną ilością turystów. Huk, zgiełk i katastrofa. Nie da się tam wysiedzieć dłużej niż kilka chwil. Nawet kawa nie smakuje tam dobrze. Miliardy ludzi, kakofonia dźwięków, no ale przecież to Marrakesz. To modne teraz miejsce dla wszelkiej maści turystów. Hotelików, riadów, hosteli na każdym kroku miliony. Do wyboru i koloru. Ceny też są znośne. Ja znalazłem nocleg w cichym zaułku, z dala od huku i gwaru. Cisza, czysto i spokój. Tego mi trzeba było. W Marrakeszu spotkałem się z kolegą i jego żoną z Przemyśla. W Przemyślu, mimo, że każdego dnia przechodziłem koło jego zakładu, nie mogliśmy się spotkać, a w Marrakeszu, a i owszem.

W sobotę wędrówka po medynie i po słynnych ogrodach. Ogrody mnie nie powaliły i szczerze mówiąc nie są warte, wg mnie, ceny za wejście. Medyna? Hm, nieco inna, jak ta, którą zapamiętałem sprzed 10 lat. Może dlatego, że teraz miałem za mało czasu, żeby się w niej zgubić i buszować po jej zakamarkach bez jakiegoś celu. Buszować i podglądać.

Marrakesz może jest i fajny i pewnie jeszcze tam przyjadę, ale zapewne z celem właśnie buszowania, właśnie zapuszczenia się w czeluść wąskich uliczek. Ale jest coś, co jest fatalne teraz, a będzie katastrofalne za kilka lat. Kiedyś, wąskie uliczki były wypełnione oślimi wózeczkami, większość rzeczy było transportowanych właśnie przy pomocy osłów. Teraz to motorki, riksze i inne wynalazki. Spaliny i huk jest wręcz niewyobrażalny. My, turyści jesteśmy tam na chwilę i możemy to jakoś przeżyć, Oni, tam pracują i siedzą w tych spalinach po kilkanaście godzin dziennie. Koszmar i katastrofa. Ale może pójdą niebawem po rozum do głowy.

Po 2 dniach wyjechałem z Marrakeszu w stronę gór. Jakże się ucieszyła moja głowa, kiedy przez ponad 100 km, po lewej stronie towarzyszyły mi ośnieżone szczyty Atlasu, a wiatr delikatnie muskał moje plecy. Tak dojechałem do następnej mieścimy. Niedziela wieczór i oczywiście targ wieczorny. To tu uwielbiam. Byłem tam jedynym turystą. Ślimaki i rosołek na nich, gotowany bób, smażona ryba, śliwki, jabłka, kawa i mecz w kawiarni. I jęk zawodu, kiedy Maroko nie wykorzystało rzutu karnego w meczy z Senegalem. Wszyscy mężczyżni siedzieli po kawiarniach, a ci co nie mogli tam siedzieć, oglądali mecz na smartfonach lub w innych miejscach.

Rano ruszam dalej.



Maroko 2017b część 10

Heloł Czytacze i Podglądacze,

I nastał nowy dzień. Żeby nie było, to Baltazar ruszył swoje 4 litery i pojechał z Foum Zguid w Ku Słońcu, w kierunku na Zachód, bo tam musi być cieplej. I musi wiać wiatr w plecy.

Wyjechałem po 2 dniach odpoczynku od starego znajomego, który chwalił się, że ma najszybszy Internet w okolicy. I jest to prawda. Wyruszyłem w nieznaną a jednocześnie znaną trasę. Wyruszyłem w kierunku Agadiru, gdyż nieuchronnie zbliżał się termin końca mojej piątej już wycieczki do Marako, po kraju, w którym jestem zakochany od pierwszego dotyku, od pierwszego łyku marokańskiego powietrza i pierwszego muśnięcia bryzą znad Morza Śródziemnego, po ostatni huragan piaskowy.

Trasę z Agadiru do Foum Zguid przemierzyłem 1,5 raza. Pierwszy raz w 2015 roku wracając na lotnisko właśnie z Foum Zguid, drugi raz w grudniu, jadąc także autobusem z Dakhli do Warzazat.

Trasa piękna i jedyna w swoim rodzaju. Wyjeżdża się z piasków Sahary, przez przesmyk pomiędzy pancerzem skalnym w Foum Zguid w kierunku Atlasu Wysokiego pod sam najwyższy szczyt Maroka Dżabal Tubkal.

Jadąc nią autobusem, obiecałem sobie, że kiedyś przejadę nią rowerem. I nie musiałem długo czekać na spełnienie danej sobie obietnicy. Już niecałe 3 lata po przyrzeczeniu, jadę nią i jestem niezmierne zadowolony. Mało tego, że trasa piękna, to jeszcze pogoda dopisała. Słoneczko, wiatr mizerny, no tak było na początku, a widoki zapierały dach i odejmowały mowę.







Po przejechaniu ponad 70 km, przy czym niestety, ostatnie 10 z wiatrem w mordu, jak mawia znajomy Czech, trafiłem na coś, co na mapie widniało jako kemping. I co? No zakotwiczyłem się. Dostałem pokoik i łóżeczko. Niestety, prąd był tylko z solarów. Ale z tym sobie poradziłem bezbłędnie. Mam przecież zawsze ze sobą cały zestaw młodego elektronika. Miernikiem wybadałem gdzie plus a gdzie minus. Nawet właściciel tego przybytku korzystał z moich usług, bo sam jakoś nie miał pojęcia jak instalacja działa. A chciał pooglądać jakiś mecz w TV. Niestety, pomimo wielu prób, nie udało mi się uruchomić dekodera. Coś z zasilaniem w nim był zwalone, bo nie chciał się włączyć. Najciekawsze w tym było to, że pan właściciel, miał instalację 12V ale gniazdka z instalacji 220V. I za wszelką cenę, chciał uruchomić na 12V zasilacz przeznaczony na 220V. No i prawdopodobnie coś wtedy usmażył, bo dekoder nie chciał zamrugać ani ćwiarteczką światełka.

Ale zamiast meczu, obejrzeliśmy moje fotki z Białowieży. Pan właściciel chciał zobaczyć jak wygląda Polska. I to potwierdza moją tezę, że w takich miejscach, to my jesteśmy dla mieszkańców atrakcją i to dzięki nam, mogą dowiedzieć się czegoś o świecie. O świecie, który ich interesuje tak samo jak nas. Różnica jest tyko taka, że nas teraz jest stać na podróżowanie, a ich jeszcze nie. Ale to zapewne się zmieni. Może nie za rok, dwa czy dziesięć. Ale się zmieni. Każdy dąży do wzbogacenia się. My kiedyś także byliśmy zamknięci i tylko nielicznym udawał się przedostać za granicę, prędzej wschodnią niż zachodnią.

Pan także, zresztą nie tylko ten pan, pytał się mnie o żonę i o dzieci. Cóż, nie posiadam ani żony ani dzieci, więc musiałem wymyślić jakąś bajeczkę. No i wymyśliłem, że żona jest w Polsce, a nie mamy dzieci, bo nie możemy ich mieć. I to wystarczyło za każdym razem aby temat nie był dalej kontynuowany. Niemniej jednak, świadczy to tylko o tym, jak wielką wagę Marokańczycy przywiązują do rodziny, do dzieci. Zapewne będzie tak, że jak się już wzbogacą, to nie będą mieli po 5 - 10 dzieci, a 2, maksymalnie 3. W przeszłości, przed wojną, rodziny polskie także były wielodzietne. A teraz szukać na palcach jednej ręki takiej. Wygoda? Zapewne.

Jako, że musiałem zrobić znajomemu pokaz slajdów na jakiś festiwal, który właśnie dzisiaj się gdzieś tam odbywa w Polsce, potrzebowałem nieco prądu. A tak, jak wspomniałem, prąd z akumulatorów. Ale udało się. Wreszcie przydał mi się mój zestaw pierwszej pomocy hakera - elektryka i włamałem się do skrzynki rozdzielczej instalacji w pokoju moim. Śrubokręcik, miernik i krokodylki załatwiły temat zasilania laptopa.

Rano ruszyłem w górę na przełęcz. Droga prostą, a przełęcz mało wymagająca. A przynajmniej dla nie. Nie przejechałem w tym dniu zbyt wielu kilometrów, raptem jakieś 25. Pogoda się załamała i zaczął padać deszcz. Zimno, ciemno i do domu daleko.






Hotel, ciepła woda i zaprzyjaźnianie się z miejscowymi. Hotel utargowałem na 60 Dirhamów ze 100. Powiedzmy, że cena znośna. Jak potem rozmawiałem z miejscowymi, to sami powiedzieli, że to dobra cena. A, że ja się szybko w takich miejscach odnajduję, to pod wieczór ruszyłem na zwiedzanie tej części miasteczka, której nie znałem z wcześniejszych moich w nim pobytów. Zakumplowałem się od razu ze sprzedawcą skarpetek i nauszników, z właścicielem restauracji serwującej ślimaki ogrodowe. Same ślimaki może nie są rewelacyjne, ale rosołek na nich jest przepyszny. Zwłaszcza, kiedy jest kurewsko zimno, pada deszcz i do domu daleko. Zupa z jakąś podobno ostrą przyprawą też pozwoliła mi się zaprzyjaźnić z innym właścicielem restauracji w postaci wózka z garnkiem z zupą i jego bratem mówiącym w 5 językach (arabskim, berberyjskim, francuski, hiszpańskim i angielskim). Pogadaliśmy sobie trochę o polityce, o religii, o seksie w Maroku i o alkoholu. Poprosił mnie zresztą, że jak będę następnym razem, to żebym mu przywiózł butelkę dobrej polskiej wódki. W końcu Allah po zmierzchu jest ślepy.





Rano wyruszyłem w kierunku podobno najpiękniejszej drogi przez Atlas Wysoki. Mam ją pokonać jutro lub za 2 dni. Insz Allah. Ale zanim do niej dojadę, zmierzyłem się ze 120 km odcinkiem najpiękniejszej i najbardziej widokowej, trasy, jaką dotąd przejechałem. A do tego miałem wiatr, wichurę, w plecy. Przyroda oddała mi to, co wcześniej mi zabrała. 120 km wiatru w plecy. Wjazdy pod górę były tak przyjemne, że nie chciało się zatrzymywać nawet na sikanie. Jechałem nią 2 razy autobusem, ale rower to inna liga. Rower daje wolność, a wolny człowiek to szczęśliwy człowiek. Jedyny minus tej trasy, to zjazd z 1900 m do 750 m npm. Jutro będę musiał oddać tę część Matce Naturze i nieźle się napocić. Ale w końcu jestem wolny, a wolny = szczęśliwy. Czego Wam, Drodzy czytacze życzę.

Następny przekaz nie wiem kiedy będzie, ale jeszcze tu jakiś czas zostaję. Przedłużyłem sobie pobyt o kilka dni. A co tam, w końcu jestem wolnym człowiekiem. Wolnym czyli szczęśliwym. I tego się trzymajmy.




Maroko 2017b część 9

Salam alejkum Czytacze i Podglądacze czyli Pokój z Wami Czytacze i Podglądacze,

Zagora, Zagora i już po Zagorze. Spędziłem tam całkiem miłe 3 dni. Dochodziłem do siebie, po jeździe 80 km pod wiatr i do tego pod górkę. A dołożyłem sobie dnia następnego, łażąc po miasteczku bez zabezpieczenia wiatrowego. No i się doigrałem. Zmogło mnie tak, że ciężko się było z wyrka ruszyć. Ale już jest chyba w miarę OK i ruszyłem dalej.

Zagora miasto przelotowe na trasie Marrakesz - pustynia (babki piaskowe itp.) Mhamid. Byłem tu już kiedyś, chyba w 2012 roku, kiedy przypedałowałem z Marrakeszu właśnie do Mhamid. Powiedziałem sobie, że kiedyś przejadę drogą z Zagory do Foum Zgid.

Łażąc przez kilka dni po niewielkim miasteczku, poznałem wszystkie jego zakamarki. Co ciekawe, oczywiści, byłem nagabywany przez Lokalsów do zakupu w sklepie ich rodziny, do skorzystania z cameli na wydmy, do wielu innych atrakcji. Ale, za każdym razem, jak grzecznie im mówiłem, że ja Was moi drodzy znam, ja tu w Zagora jestm nie pierwszy raz, a w Maroko już piąty, że przejechałem rowerem od Agadiru do Dahkli, to jakby nabierali respektu. Zwłaszcza działało rower - Agadir - Dahkla. Po tym haśle, był słyszany odgłos lekkiego podziwu i rzucane w moją stronę uśmiechy i szacunek. Nauczyłem się wykorzystywać dokładnie to, że rower, Agadir, Dahkla i już 5 razy tu jestem. Oni wiedzą, że nie dam się złapać na sztuczki z herbatką, zaproszeniem do sklepu, żeby tylko popatrzeć itp. Jeden ze sprzedawców chciał mnie złapać na stary banknot z Karolkiem Świerczewskim. Tym samym, co to się ponoć kulom nie kłaniał i co to stał dumnie w Przemyślu tam, gdzie teraz stoi, a w zasadzie siedzi Karol (nomen omen) Wojdyła. A my tego od kul, grzecznie w ogólniaku będąc, myli i pucowali (bo gołębie go osrały, całą przyjaźń w dupie miały, pomnik stoi tak jak stał, tylko innych zapach miał). Grzecznie mu powiedziałem, że to stary banknot i nie jest nic już warty. Dałem mu dyszkę polskich złotych, bo akurat miałem. Od tamtej pory mijałem go wymieniając za każdym razem uśmiechy. Któregoś dnia, jego kumpel, widząc że rozmawiam z turystami z Polski i Niemiec, poprosił abym ich przyprowadził do jego sklepu, za co on mi odpali działkę, jak coś kupią. Na własnej skórze dowiedziałem się, jak działa system naganiaczy w takich miejscach, gdzie są turyści. A z drugiej strony, zostałem potraktowany przez Marokańczyków jak swój. Też miłe.

Zakupy robiłem głównie w bocznych uliczkach i sklepach przeznaczonych w zasadzie tylko dla mieszkańców Zagory. Turyści raczej się tam nie zapuszczają. A ja co miałem robić przez 3 dni dochodzenia do siebie? No łaziłem po wszystkich dziurach. Następna sytuacja jak mnie jakiś dzieciak poprosił mówiąc: Monsieur, one dirham. No to ja mu odpowiedziałem, My friend, give me one dirham i wyciągam do niego otwartą dłoń. Dzieciak zgłupiał. No bo jak to tak, żeby turysta z Europy albo z Ameryki chciał od niego pieniądze. A dodatkowo koledzy go obśmiali. I to jest jeden ze sposobów na namolne dzieciaki wyłudzające pieniążki od turystów. Testowałem to już wiele razy i za każdym działa tak samo.

Wyjazd z Zagory, pamiątkowa fotka przy obrazki ile dni karawaną do Timbuktu i jazda w otchłań piekielną. I było fajnie przez 15 kilometrów. A potem, znowu wiatr w morę. I tak do końca dnia, przez bite 7 godzin i 65 km. Miałem już serdecznie dość takiej jazdy. Owszem, droga fajna, spokojna, bez kierowców, pomijając jedynie kampery turystów głównie z Francji i Niemiec. Ale tek pieprzony wiatr ... Do Zagory w mordę wiatr, z Zagory w mordę wiatr. Ech. No ale wiedziałem na co się porywam. Sprawdziłem prognozę pogody i wiedziałem, że będzie wiało. Nie przypuszczałem tylko, że będzie jeszcze gorzej, niż kilka dni wcześniej. Ale udało się. Zrobiłem znowu 80 km. I nie żałowałem. Noc i rozgwieżdżone niebo. Jedyne w swoim rodzaju. No, może w moich ukochanych Bieszczadach jest podobne. Łysy na szczęście wschodził gdzieś po  2 w nocy, więc było ciemno w miarę.

A rano? Znowu nie udało mi się zagiąć czasoprzestrzeni i wyruszyłem po ponad 3 godzinach od obudzenia się. Ale co tam, w końcu nigdzie się nie śpieszę. Samolot mam za jakiś czas, zawsze mogę go przełożyć na później. Trzeba żyć chwilą, łapać dobre fluidy, żyć ze sobą w zgodzie. To jest najważniejsze, a nie tych kilka minut.

Odwiedził mnie mój jedno-nocny sąsiad jak się okazało. Zauważył, że biwakuję i wpadł na pogawędkę. Poczęstowałem go PRZEMYŚLaną KAWĄ, ale posmakował i stwierdził, że bez cukru pić się jej nie da. No tak, oni tu wrzucają do 100 ml herbaty albo kawy jakieś pół kilograma czystego cukru. Brrrrrrr. Jakbym wypił jakiś lukier chyba. Nie, kawa i cukier? W życiu. Kawa najlepiej smakuje espresso i bez żadnych dodatków. No chyba, że jest to napój kawo podobny, typu 3in1 (coś co udaje kawę, coś co udaje mleko i coś co nie udaje cukru).

Ruszyłem po 11 w drogę a w zasadzie przed siebie. Nie miałem pojęcia, czy pojadę na krzyżówce w prawo w kierunku Warzazat, czy w lewo, do Foum Zgid. Dojechałem i skręciłem w lewo. Wyjeżdżając z przydrożnej wioski, 2 młodzików macha do mnie i mówi, że chcą sobie ze mnę zrobić selfie. Gwiazdą być tu zaczynam :))))))) A potem, szybciutko, otrzymałem te fotki przez Facebooka. Kurcze, Facebook działa wszędzie i jest, jak się okazuje fantastycznym medium i komunikatorem. Cały świat z niego korzysta, a Wujek Sam, ma nad wszystkim kontrolę. Orwell się zaczyna kłaniać lub nasz rodzimy Lem. Chociaż Lem urodził się we Lwowie i pewnie miał w dowodzie napisane: urodzony w ZSRR.

Dojechałem do znajomego przesmyku między skałami i wpadłem na rondo w Foum Zgid, a potem do znanego hotelu z najszybszym chyba Internetem w Maroku (100 MB w dwie strony - sprawdzone nawet na speedteście do Polski). Byłem w tym hoteliku w 2015 roku. Nawet zachowała się na ścianie moja nalepka Grupy Rowerowej GLOB. Przykleiłem kolejną i dostałem jako, że jestem stałym klientem zniżkę i pokój z ciepłą wodą i szybkim Internetem.

Poczytałem sobie te Internety i się dowiedziałem, że w Polsce się rewolucja porobiła. I nowy rząd odwołał Zimę.

Do Ewy: Ewa, trzeba pisać pod drzewkiem oliwnym raz na jakiś czas, no i mieć albo tableta albo kompa, żeby mieć na czym pisać :)



Maroko 2017b część 8

Powitać Moich Czytaczy i Podglądaczy,

Marzuga i Wielka Piaskownica z Wielkimi Babkami na szczęście już za mną. Miejsce mega turystyczne i mało przyjazne, jak każde miejsce, gdzie turyści są w przewadze nad miejscowymi. To jest tak samo, jak byście pojechali nad nasze polskie morze i próbowali przejść się np. w Sopocie po Monciaku. Miliardy ludzi i jeszcze więcej knajp.


Ale tak zawsze jest w miejscach, gdzie sa jakieś atrakcje turystyczne. Wyjątkiem jest moje rodzinne miasto Przemyśl. Tu pomimo wielu atrakcji, jest pusto. Chociaż niektórzy powiedzą, że turystów jest całkiem sporo.

Ciekawa też przygoda mnie spotkała w samym hotelu z Marzudze.

Miejsce rezerwowałem przez booking.com i za niewielkie stosunkowo pieniądze znalazłem całkiem niezłe miejsce. Goniłem na zbity pysk, bo jak już znalazłem miejscówkę, to chciałem tam dotrzeć przed późną nocą. Rzadko jeżdżę po zmierzchu, a tym bardziej nocą, ale tu w Maroku, nie mam żadnych obaw o swoje bezpieczeństwo na drodze.

Więc gnałem co sił w kopytach, żeby o przyzwoitej porze wylądować w łóżeczku, zdążyć się wykąpać w ciepłej wodzie i usnąć snem sprawiedliwego. Przejechałem 111 km i dotarłem na miejsce. Ulokowali mnie w niewielki pokoiku, ale bez ciepłej wody. Wiec delikatnie zasugerowałem, że zarezerwowałem pokój z ciepłą wodą. Na co pan z obsługi stwierdził, że naprawią Inasz Allah. No tom sie nieco już wkurzył. Bardziej dosadnie powiedziałem, że nie ma możliwości, że będę sie mył w zimnej, skoro zapłaciłem za pokój z ciepłą wodą. Pan był zawiedziony mają stanowczością i uporem. Poprosił do pomocy szefa. Ten także miał chyba bardzo zły dzień i był najzwyczajniej w świecie niemiły. Zdarzyło mi się to pierwszy raz tu w Maroku. Ale ok. W sumie każdy może mieć gorszy dzień. A, że trafiło akurat na to, że i ja byłem wyjebany do cna, więc odpaliłem rakiety i zacząłem najzwyczajniej w świecie się wykłócać o swoje. Robiłem to z uśmiecham na ustach, co nie było w smak panu z obsługi. NIe miał wyboru i przełżył mnie do pokoju z ciepłą wodą i wiekszego z widokiem na wydmy. Ale za "karę" stanowczo poprosił, abym rower zostawił na parkingu a nie w pokoju. To taka jego malutka zemsta. Ok. Nie kłóciłem się. Przyczepiłem rowerek do ogrodzenia, włączyłem alarm i poszedłem grzecznie się wykąpać.




Wychodząc "na miasto", poprosiłem jeszcze o hasło do wifi (to też było w pakiecie w booking.com). Na co pan z obsługi, ze złośliwą miną stwierdził, że nie zna angielskiego i nie rozumie o co mi chodzi. Następna jego mała zemsta. Ale co tam, każdy może mieć zły dzień pomyślałem znowu.

Następnego dnia, poszedłem na zachód Słoneczka na wydmy, które widziałem z okna dużego i przestronnego pokoju. Po powrocie, pan był niezmiernie miły i przepraszał mnie za wczorajszy dzień i swoje zachowanie. Zapraszał na następny dzień na darmowy przejazd z jego wujkiem na wschód Słońca na wielbłądach, postawił wspaniałą kolację gratisowo a na następny dzień zaserwował jeszcze smaczniejsze śniadania. A za każdym razem, mnie bardzo przepraszał za swoje wcześniejsze zachowanie. Ja z kolei nie byłem na niego wkurzony, nawet zły nie byłem. Wytłumaczyłem sobie, że każdy może mieć zły dzień. Mogło mu coś nie pójść w domu, pracy, cokolwiek. Każdy jest tylko człowiekiem. Owszem, pracuje z turystami i nie powinien nikogo źle traktować. Ale, cóż zdarzyło się. Grzecznie się rozstaliśmy. Podziękowałem za pyszne śniadania, kolacje, a na "do widzenia" powiedziałem mu, że każdy jest tylko człowiekiem i może mieć zły dzień i że się na niego bynajmniej nie gniewam. Co zresztą później potwierdziłem, wystawiając pozytywny komentarz. Wniosek z tego jest taki, że nie należy się wkurzać na innych i warto być dla nich uprzejmy i się najzwyczajniej po prostu uśmiechać. Uśmiech powoduje to, że człowiek nim obdarzony wcześniej czy później go odda. To czy tobie, niekoniecznie, ale gdzieś kiedyś, komuś z pewnością.

Po Wyjeździe z Merzugi pogoniłem w kierunku Zagory.  Jakieś w sumie 300 km. Rozłożyłem sobie podróż na 5 dni. Tak, żeby się nigdzie nie śpieszyć.

Tereny wspaniałe, jechałem dolinami pomiędzy górami Antyatlasu. Kocham takie właśnie pejzaże. Nie, że równiny nie przerażają, ale góry to jest to, co do zawsze uwielbiałem. Nigdy nie jest tak samo. Za każdym razem, za każdym zakrętem, za każdą górką, wzniosem, przełączą jest coś nowego, coś nieznanego, coś, co każe ci jechać dalej. Bo tam, za kolejną przełęczą, górką, zakrętem, jest nowy, inny świat. Pełen niespodzianek, pełen nowości, pełen ...

Zrobiłem kolejne prawie 100 km. Zmierzchało już dość mocno i postanowiłem znaleźć miejscówkę na namiot. I kiedy pomyślałem, że należy skręcić w prawo, bo tam jest fajne miejsce być może, pękła mi piąta już szprycha w tylnym kole. Nie zdziwiłem się. Coś powiedział: bracie, czas się zatrzymać i znaleźć nocleg. Nie goń tak, po co się spieszyć. Zdążysz. Rower, mój najlepszy przyjaciel w tej i w wielu innych podróżach, powiedział mi w prost. Gościu, mam dość. Złaź ze mnie i dan odpocząć. Używasz mnie jak jakiegoś muła skrzyżowanego z koniem wyścigowym, a ja też muszę odpocząć. Czyżby miał on duszę? Po tym zdarzeniu, wierzę, że ma.

Podjechałem na boisko, a tam grupka młodzików siedzi i coś popija. Salam alejkum (pokój z wami). A popijali bimberek, którym i mnie poczęstowali. Oj dobry był nie powiem. Taki może nie za mocny na pierwszy posmak, ale jaki pyszny. Oczywiście nie wypiłem dużo, bo ani ja nie pijam już, ani oni go nie mieli więcej jak buteleczkę 200 ml. Ale powiedzieli mi, gdzie go robią. Robią w górach we wsi jakieś kilkanaście kilometrów od mojego noclegu. Uśmiechnąłem się do nich, jak zwykle i poszedłem rozbijać namiot. Ale na szczęście nie pozwolili mi tego zrobić i wskazali domek przy cmentarzu. Zaprowadzili mnie do niego. Widać było w nim ślady częstych "domówek". Podziękowałem grzecznie i zanurzyłem się w pieczarze. Ciepło, cicho i spokojnie. Szprychę założyłem nową w 20 minut i zasnąłem.

Dnia następnego udało mi się wreszcie zagiąć czasoprzestrzeń i po raz pierwszy a tej wycieczce wyruszyłem zanim minęło 2 godziny od pobudki. Cud niesamowity.








Znowu gnałem przez doliny pomiędzy pięknymi górami. Znowu mijałem wsie i miasteczka, gdzie ludzie się uśmiechają i pozdrawiają cię na każdym kroku. Znowu czułem się wolny i szczęśliwy, znowu mogłem zagłębić się w siebie i być ze sobą i tylko ze sobą. I znowu minął kolejny dzień i znowu trzeba było szukać miejsca na nocleg, na namiot i znowu ...

Tym razem rower milczał. Nic nie wskazywało na to co za chwilę nastąpi. Znowu robiło się szarawo i szybko zapadała ciemność. Miałem jakieś 15 minut na znalezienie miejsca do spania. I w tym momencie, kiedy pomyślałem, że czas już znaleźć miejscówkę, ktoś do mnie pomachał sprzed bramy wielkiego domu. Lasa, bo tak nazywał się właściciel, za prosił mnie na herbatkę, a skończyło się kolacją, prysznicem, noclegiem i wspaniałym śniadaniem. Problemem był tylko sposób w jaki mogliśmy się dogadać. Ale i z tej sytuacji znalazło się wyjście. Lasa poprosił swojego sąsiada Ahmeda, aby ten zaprosił swojego przyjaciela też Ahmeda, który znał angielski. I tak sprowadzili specjalnie dla mnie tłumacza.

Potem pojechaliśmy jeszcze do sklepu w medynie po jakiś kabelek do anteny, a przy okazji porozmawialiśmy o zwyczajach domowników, o tym, że kobiety głównie zajmują się domem, dziećmi, a mężczyźni pracują i muszą zarobić na utrzymanie gospodarstwa. O tym, że czarnorynkowy koszt wizy do Hiszpanii wynosi 6000 Euro. Tak, sześć tysięcy. Też mnie to zdziwiło. I o wielu innych sprawach. Wypytywali też o życie w Polsce, o zwykłe przyziemne sprawy. To jest normalne, że dla takich ludzi to my, turyści jesteśmy pewnego rodzaju oknem na świat. Oni, tak jak i my, są ciekawi świata i też chcą wiedzieć nie tylko z telewizji, co się dzieje i jaki my widzimy ten świat i ich świat też.

Oczywiście, przyszli "w odwiedziny" znajomi Lasy, co akurat jest normalne. Przyszli, żeby poznać nowego znajomego swojego kumpla. To jest normalne w tym światku i już mnie nie dziwi.

Wracając do podziału ról w gospodarstwie i w życiu, to zauważyłem podczas moich wędrówek po Maroku taką oto prawidłowość. Większość mężczyzn jest szczupła jak nie chuda. Mimo, że sporo jedzą i późno jedzą i palą i piją lukrowane herbatki (tak kilka, czasami i 10 kostek cukru wrzucają do jednego dzbanuszka napoju), są szczupli. Kobiety natomiast w większości są otyłe. I nie to, że lekka nadwaga, ale one są najzwyczajniej w świecie grube. Bywa tak, że ledwo się poruszają. Co nie wróży im zbyt zdrowej przyszłości. I o ie dziewczynki są piękne, szczupłe i zadbane, tak kobiety w wieku dojrzałym, są ... pretendentami do wszelakich chorób cywilizacyjnych. Co zresztą zauważyłem wchodząc kilka razy do aptek. Tabletki na nadciśnienie, choroby krążenia, cukrzycę są powystawiane na półkach, tak jak ciasteczka w sklepach z jedzeniem. Ciasteczka w każdej formie.

Mijając te małe wsie i miasteczka, napotykałem wszędzie tzw. cafe. Co to takiego? Ano miejsca, gdzie mężczyźni przesiadują cały czas i piją herbatki, jedzą posiłki, palą papierosy w ilościach wielkich i oczywiście oglądają wszystkie możliwe mecze piłki nożnej. Nie ma nic innego w telewizji w takiej cafe, jak mecz piłki nożnej. Wszędzie i o każdej porze, jak tylko jest cafe otwarta, leci w TV meczyk. Ciekawe jest to, że cafe być musi nawet w największej dziurze. Czasami jest ukryte, nie przy głównej ulicy, tylko gdzieś w medynie, za meczetem, czy w jego pobliżu. Ale zawsze być musi. Czasami jest ich kilka, czasami kilkanaście. Zależy to od wielkości miejscowości rzecz jasna. A co najciekawsze, to wszystkie one są zapełnione mężczyznami. Czasami siedzi 2, czasami 5 ale zawsze ktoś jest i piej herbatkę, je coś, albo pali papierosa i ogląda mecz. Lub zwyczajnie patrzy się w ekran telewizora.






Raczej o czymś takim jak nasz sanepid, to można tu zapomnieć. Ale jeszcze ani razu nie miałem problemów trawiennych, po odwiedzeniu takiej cafe i posileniu się tym, co inni jedzą.

Co do płatności za wszelkiego rodzaju zakupy, w tym także te w cafe, zawsze wyciągam z kieszenie garść monet i podaję je na otwartej dłoni. "Kasjer" wybiera tylko taką ilość, jaka dokładnie należy się za dany towar. Po wybraniu monet, pokazuje ile wybrał, jakby chciał powiedzieć: Bracie, tyle to kosztuje, a ja nie zamierzam cie oszukać. I tak, jak czasami wchodzę za ladę i sam się obsługuję, wybierając towar, który jest mi potrzebny, tak też robię z zapłatą za towar. Wiem, że nikt mnie tu nie oszuka. No chyba, że jestem w miejscowości dla turystów i kupuję jakiś turystyczny towar. Wtedy ceny idą od razu wiele razy w górę. No ale handel jest tylko grą i dobrą zabawą, chociaż dla tych, co z niego żyją, jest najzwyczajniej w świecie pracą. Jak się uda złapać frajera, to więcej zarobię. Słuszne myślenie. Ale tak jest tylko tam, gdzie są turyście w dużej ilości.

Rano po śniadaniu, pysznym poniekąd, zaginają ponownie czasoprzestrzeń, pojechałem w kierunku miasteczka Zagora. Nie wiem co to oznacza po tutejszemu, ale po polsku, to że jest się za górą. I tak rzeczywiście jest. Piękne góry wokoło. Ma się wrażenie, jakby człowiek znalazł się w innym wymiarze. Palmy, hotele i góry. Stad już tylko krok na pustynię i na wycieczki na wielbłądach, dżipami czy czym sobie człowiek wymyśli. Ot, taki marokańskie zakopane, tylko zamiast śniegu, to jest niedaleko sporo piasku.

Byłem tu kilka lat temu, więc nie ulegałem już takiemu zachwytowi. Ale żeby dojechać do Zagory, musiałem pokonać 80 kilometrów podjazdów i ... przerażającego wiatru wiejącego jak nigdzie indziej, oczywiście w pysk. Bo wiadomo, że rowerzyście wiatr zawsze wieje w mordę, Ale takiego kurewskiego wiatru nigdy nie przeżyłem. To nie był wiatr, to były podmuchy o prędkości niejednokrotnie ponad 50 km/godz. Na prognozie pogody widniały dwa tropikalne sztormy. Jeden gdzieś nad Madagaskarem, a drugi pomiędzy Australią a Afryką. Nie wiem jak udało mi się pokonać ten dystans, ale się udało. Niestety, przypłaciłem to osłabieniem i lekkim katarem, ale dojechałem. Na zakończenie dnia, miałem piękny zachód Słońca nad Zagorą, tak jakby całe miasto płonęło piekielnym ogniem, a palmy robiły za pochodnie diabła. Ten widok uzmysłowił mi, po co tu przyjechałem oprócz wali z samym sobą.

Teraz odpoczywam w miłym hoteliku i próbuję wrócić do siebie. Mam jeszcze do pokonania jakieś 500 km. A w nogach jest już 2000.





Maroko 2017b część 7 - ponownie pustynia - Merzuga

Cześć Wam Dziś Po Raz Drugi,

Dziś miałem dzień wolny od roweru i wybrałem się połazić i pozwiedzać kawałek Wielkiej Kuwety z Piaskiem dla miliarda miliardów kotów. Zresztą kotów w Maroku jest całe mnóstwo i mają się całkiem dobrze w przeciwieństwie do psów. Te boją się człowieka, jak diabeł święconej wody. Owszem poszczekają, nawet czasami pogonią za rowerzystą, Ale wystarczy zatrzymać swój wehikuł, schylić się i udać, że się rzuca czymś w stronę takiego szczekającego psa. Ten ucieka szybciej niż przybiegł żeby cię obszczekać. A koty? Koty łażą wszędzie. Zaglądają do kuchni, do garnków, łaszą się, miauczą w niewybredny sposób, dając jasny znak, że należy im się coś z pańskiego stołu. Al nie byle co. O nie! One są wybredne. One wybierają co możesz im podrzucić.

W kwietniu, jak byliśmy w Erfoud z Agatą, mieliśmy już zaklepaną i wstępnie opłaconą wycieczkę na camelach dokładnie na Erg Chebbi. Ale na szczęście z tego szczęścia ne skorzystaliśmy. Za to teraz, kiedy się tu znalazłem bynajmniej nie przypadkiem, stwierdziłem, że a co mi tam, sam sobie zafunduję taką wycieczkę.

Zapakowałem aparat, statyw, butlę z wodą, pod-dupnik, latarkę i ruszyłem na zachód Słońca. Wszyscy się tym zachwycają, więc stwierdziłem, że pójdę za trendem i spróbuję zachwycić się i ja.

Wdrapałem się na chyba najwyższą babkę piaskową jaka była dostępna i czekałem, czekałem, czekałem i znowu czekałem, czekałem i słuchałem, patrzyłem, obserwowałem, jak ludziska zapieprzają po tej piaskownicy kładami, motorkami, jak zostawiają śmietnik, jak ujeżdżają wielbłądy, jak ... płacą za cały ten pierdolnik. No i jak się zachwycają tym co widzą, co przeżywają. Ech, szkoda gadać. Zaliczyłem, nie płaciłem, nie polecam.

Milej było w 2015 w Mhamid. Wydmy mniejsze, ale spokojniej i ciszej. Tu w Marzuga i na Erg Chebbi - katastrofa. Nie polecam, nie jechać, nie dać się naciągnąć. Choć może są i tacy, co to lubią. Ja do nich nie należę. Jedyną fajną sprawą było to, że polazłem przez wioskę i pogadałem sobie z Tambylcami. Wypiłem kawkę, zjadłem ciasteczko i pomaszerowałem przez Piaskownicę do najwyższej piaskowej babki. Usiadłem na szczycie i k-o-n-t-e-m-p-l-o-w-a-ł-e-m.

Efekt mojej kontemplacji na najwyższej piaskowej babce:






Maroko 2017b część 6 - powrót w góry

Cześć Czytacze, Czołem Oglądacze,

I stało się. Mamy 2018 roczek. A przynajmniej wg kalendarza zachodniego.

Oby ten Rok  był lepszy dla nas wszystkich niż 2017 i gorszy niż 2019. Dlaczego gorszy? Ano dlatego, żeby z każdym rokiem był progres w naszym życiu. Żeby co każdy obieg Ziemi wokół naszej Dziennej Gwiazdy, był dla nas i naszego otoczenia lepszy niż poprzedni. I mimo, że Ziemia zwalnia i za kilka miliardów lat przestanie się kręcić, a Słońce nas pochłonie, jak Jonasza pochłonął wieloryb, tak z całego serca życzę Wam Drodzy Czytacze, wszystkiego co najlepsze. Przede wszystkim zdrowia, Wam życzę, bo bez tego ani rusz. Można mieć wszystko, ale jak nie ma zdrowia, to jest przysłowiowy kibel. Potem życzę Wam miłości. Bo bez osoby/osób bliskich, których się kocha, i które kochają, świat jest nudny i niewiele warty. Człowiek jest zwierzęciem stadnym i tylko jednostki potrafią żyć w samotności. Samotność jest zabijająca. Nie po to Bóg, Natura czy co tam kto woli, stworzył taki a nie inaczej poukładany Świat, żebyśmy go psuli swoim egoizmem i chęcią zaspokojenia tylko i wyłącznie swoich potrzeb. Swoich, co nie oznacza, że wypływają one z naszego wnętrza i są naszym odzwierciedleniem. Dla mnie, nasze egoistyczne działanie wypływa z ukształtowania nas w dzieciństwie, w świecie zarządzanym przez wtedy naszych bliskich dorosłych. Potem to tylko rozwijamy i udoskonalamy. I tego Wam życzę w tym 2018 roku, aby udało się Wam przerwać ten zaklęty krąg i zobaczyć piękny świat wokół. Docenić innych ludzi, uśmiechać się do nich. Uśmiechać się bezwarunkowo. Ot tak, bo tak jest lepiej, bo tak jest milej, bo to najzwyczajniej w świecie wraca.


Noc sylwestrowa


Życzę Wam również, abyście szukali nowej drogi nie szukając jej. Jeżeli ta, po której teraz stąpacie z jakichś powodów jest dla Was niefajna, to dajcie się ponieść sercu. Szukanie za wszelką cenę nowego, może nie zakończyć się znalezieniem tego, co by Was zadowalało. Wszystko jest po coś. Jedni nazywają to przeznaczeniem, inni karma, a jeszcze inni palcem bożym. Nieważne jak będziemy to nazywać. Ważne, że to działa. Kiedyś ktoś śpiewał, że nic nie dzieje się bez przyczyny. I to jest prawda. Ja tego doświadczyłem na sobie. Wiem, że tak jest, że po to coś się wokół nas dzieje, z nami dzieje, abyśmy z tego wyciągnęli najlepsze dla nas wnioski. Czy to zrobimy, to już od nas zależy. I tego Wam życzę, abyście potrafili wyciągnąć z tego, co Wam wskazuję życie, najlepsze dla siebie. Biorąc pod uwagę otaczający Was świat rzecz jasna. Dobro wraca w zwielokrotnionej postaci. Dobro jest wspaniałością samą w sobie. Warto być dobrym dla innych, dla świata, ale przede wszystkim dla siebie. Ktoś kiedyś mądrze powiedział: kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Genialne w swojej prostocie i proste w swojej genialności.



W przeddzień Nowego Roku, na jednym z namiotowych noclegów, podszedł do mnie Człowiek i zaczęliśmy rozmawiać. On łamaną angielszczyzną, ja łamaną angielszczyzną, ale wspólne było to, że obydwoje chcieliśmy ze sobą porozmawiać. On mówił, że oni (Marokańczycy) są takimi samymi ludźmi, i że po prostu chcą porozmawiać, chcą się dowiedzieć o świecie, o zwyczajach innych, o innym, dla nich świecie. A po co my jeździmy? Dokładnie po to sam. Aby zobaczyć, poznać, porozmawiać, dotknąć czegoś, co dla nas stanowi coś nowego. Coś, co jest odległe, coś, co jest wydawać by się mogło, czymś dalekim. Ale jak się okazuje, to Coś jest zupełnie bliskie. Tym czymś jest najzwyczajniej drugi człowiek.



A co u mnie? Wyrwałem się z pustyni by ... na nią powrócić.

Wyjechałem z Dakhli autobusem CTM i przez ponad 20 godzin telepałem się nim do Agadiru by przez następne 6 dotelepać się do Warzazat. Tu już byłem wcześniej 2 razy, więc nie poświęcałem wiele  czasu na zwiedzanie. Delektowałem się najzwyczajniej smaczną kawą głównym placu miasta. Obserwowałem jak toczy się życie głównie mieszkańców tego miasta. Oczywiście byli i turyście, ale Ci są tylko "przelotem" a Tambylcy, tam po prostu mieszkają. Zresztą zachowania turystów zawsze są takie same. Zobaczyć to, zjeść tamto, pójść tu, kupić tamto i tak na okrągło. Wersja powtarzalna. A czy nie warto usiąść, zwolnić, obejrzeć się za siebie, spojrzeć w głąb siebie?



Kiedyś poddawałem się ogólnemu trendowi, ale od jakiegoś czasu, kilku, a może i kilkunastu lat, próbuję podróż wykorzystać do spotkania z samym sobą. Raz mi się to udaje, innym razem nie. Teraz, podczas tej wycieczki, jest w tym aspekcie dobrze. Zaglądam w siebie i dostrzegam rzeczy, które przez wiele lat gdzieś mi umykały.





Z Warzazat następnego dnia ruszyłem w kierunku nieco mi znanym, ale tej akurat drogi nie znałem. Ruszyłem w kierunku Merzugi. Chciałem przejechać przez Erfoud i odwiedzić Camela z Lanzarotte. Tam się coś zaczęło i tam się chyba teraz coś skończyło.

Wyjechałem z Erfoudu jakiś inny. Jakby z większym zapałem do jazdy, do dalszej jazdy w kierunku czegoś nowego, w kierunku słońca. Kiedyś mój przyjaciel, myślę, że mogę Go tak nazwać, zatytułował swoją podróż Ku Słońcu. I ja mam nadzieję wyruszyłem Ku Słońcu. A słoneczko przygrzewało całkiem całkiem. W japońskiej restauracji, gdzie zjadłem coś na kształt taginu, spotkałem trzech Niemców na motorkach Manki czy jakoś tak. A potem w centrum Erfoudu jeszcze kilkudziesięciu taki "wariatów". Wyobraźcie sobie mężczyzn i kobiety w sile wieku, rosłych i czasami z brzuszkami, a włosy poprószone siwizną, na motorkach wielkością odpowiadających naszym Motorynkom. No, może nieco większym, ale nieznacznie. Widok zaiste wspaniały. Gęba sama składa się do uśmiechu.



Po drodze spotkałem jeszcze jednego samotnego wędrowca rowerowego. Jechał z Anglii. Też sam. Nie pytałem dlaczego sam. Ale sądząc po spotkaniach ludzi w drodze, samych, wiem, że każdy samotny wędrowiec ma coś do "załatwienia" ze sobą. Są też tacy, którzy uciekają przed sobą w podróż, ale to jest droga w przepaść. Kiedyś i tak zaczniemy zadawać sobie pytania typy: Co ja tutaj robię? Po co mi to wieczne włóczenie po świecie? Co chcę osiągnąć? Komu chcę coś udowodnić? Znam kilka takich osób, którzy są w drodze. Mam nadzieję, że w drodze do swojego wnętrza. Faktem jest, że podróż zmienia perspektywę patrzenia na świat i na siebie. Jednym to zajmuje chwilę, innym wiele lat. Ale wcześniej, czy później, w zasadzie każdy zacznie zadawać sobie pytania. To coś jak biegający Forest Gump. W końcu odnalazł to, czego szukał, szukał nie szukając. Bo poszukiwania są ważne, ale ważniejsze, aby nie zgubić to czego się szuka, przez zbyt intensywne skupianie się na poszukiwaniach.

Jadąc z Erfoudu do Marzugi, dałem z siebie maksymalny wysiłek. Obejrzałem piękny zachód Słońca i wschód Księżyca. Księżyc towarzyszy mi od dłuższego czasu. Akurat teraz jest pełnia i Łysy świeci odbitym blaskiem słonecznym. I w nocy jest dzień. A tu, na pustynie widać to jeszcze lepiej.


Od dłuższego czasu zastanawiam się nad muchami. Latają sobie takie stworzenia i atakują rowerzystów. Ja je nawet rozumiem, ale nie pojmuję jak to jest możliwe, że czy jadę 5 km/h czy 45 km/h, te gadziny zawsze mnie atakują. Próbowałem już różnych sztuczek, żadna nie pomogła. Ale to jeszcze nie wszystko. Cały czas mam wrażenie, że atakuje mnie wciąż ta sama mucha. Nie, że tu inna, tam inna. Mam wrażenie, że ta jedna, może dwie, się gdzieś przyczajają i wyłażą zaatakować mnie w każdym miejscu i każdym czasie. Czy ktoś ma jakieś pomysły, jak się z tym czymś uporać? To, że sobie siedzi na czapce, to pikuś, ale że włazi mi do oka, to jest irytujące. Albo, że chce mnie pocałować. Brrr.

Zbliżając się w kierunku gór i przesuwając się znów na pustynie, zauważyłem różnice w ubiorach pań. W okolicach Sahary Zachodniej i bliżej południa Maroka, panie ubierają się bardziej kolorowo. Zakrywają ciała kolorowymi chustami. A tu gdzie teraz jestem, większość chodzi okrytych na czarno. Jest jednak rzecz w ich ubiorze wspólna. Są to różnego rodzaju koce, którymi panie się obwiązują i noszą w nich dzieci. Czasami można spotkać panią, która wg naszych standardów, wyszła dopiero z łóżka i jest nadal w pidżamie. Widziałem już panią tygryska, panią krówkę i panią Myszkę Miki.



Dziś mam dzień odpoczynku i przemyśleń. Może pójdę i wdrapię się na którąś z wydm i popodziwiam zachód Słońca. Może - Insz Allah.

Z dotychczasowych moich przemyśleń wiem już w dużej części czego nie chcę. Wiem także, ale to w niewielkiej, ale dość ważnej części mojego życia, co chcę od niego. Wiem też już w jakim mniej więcej kierunku powinienem iść. Ale czy to jest ta droga? Szukać nie szukając. Tak, to jest kierunek: szukać nie szukając.

I tego właśnie Drodzy Czytacze, Podglądacze, Oglądacze, Przyjaciele, Wszyscy moi Znajomi, Wam życzę na ten Nowy 2018 Rok. Szukać nie szukając.


Jutro ruszam w dalszą podróż po tym pięknym i gościnnym kraju ale przede wszystkim w podróż w głąb siebie. Bo celem jest tym razem nie sama droga a czas.

Zapomniałem w ferworze napisać, że wczoraj pękło 1600 km po marokańskiej ziemi.




Maroko 2017b - powrót w góry

Część Czytacze,

Czas odpoczynku po etapie saharyjskim się skończył. Zaokrętowanie się na autobus CTM i jadę do Warzazat a potem przez góry znów na pustynię, bo potem wbić się znowu w góry i może w okolicach połowy stycznie pojawić się gdzieś w okolicach Agadiru.



Czy mi się to uda? Oby. Tam będzie znowu walka ze sobą samym, że swoimi słabościami, z myślami, z tym czymś, z czym mierze się od dłuższego czasu. Dlaczego to już wiecie z poprzednich moich pisaninek. Czy osiągnę zamierzony cel? Nie wiem. Część już osiągnąłem. Pamiętając siebie jeszcze z kwietnia, a tym bardziej z poprzednich wyjazdów marokańskich, jestem mega spokojny. Co procentuje spokojem wewnętrznym i otaczającym mnie światem.


Maroko 2017b część 4

Czołem Czytacze,

Dziś już się tu onanizowałem swoim 1000 km przejazdem po marokański - saharyjskiej ziemi.
Ale, że siedzę sobie w hoteliku 200 km przed Dakhlą, to coś Wam jeszcze skrobnę.

Z Tarfaya wyjechałem po 2 dniach. Wypoczęty i spragniony dalszej drogi. Dziwne, że i Krzysiek został na 2 dni. Tłumaczył to pracą, ale ja mu nie wierzę. On chyba boi się samotnie podróżować po tych stronach z różnych względów. Z jakich? Mogę się jedynie domyślać.
On widzi wszędzie śledzącą nas policję. Że oni, czyli policja, czyli generalnie rząd, uważa nas za szpiegów a jego za dziennikarza. A podobno na Saharze Zachodniej pismaków nie lubią. Mnie to mało obchodzi o co im chodzi. Dla mnie s,ą bardzo przydatni i pomocni. Martwią się, czy mamy gdzie spać, pytają się dokąd jedziemy itp. Uważam, że skoro przyjechałem to, do Maroka, to powinienem respektować zwyczaje i prawo tego kraju. I staram się to robić.
Z opowieści Krzysztofa wywnioskowałem, że dlatego nie lubią to dziennikarzy i innych zachodnich ludzi, bo jakiś czas temu, przyjechali tacy na Saharę Zachodnią i zaczęli buntować Saharyjczyków do tego, że mogą mieć własny kraj. Ok. może i mogą, ale do jasnej cholery, to nie jest sprawa pacanów z Zachodu, którzy już nie jeden spokojny kraj rozpieprzyli bo chcieli wprowadzać "swoja" demokrację, która nijak nie przystaje do państwowości krajów Afryki czy Ameryki Południowej.
Zniszczyli już Syrię, skończyła się turystyczna Tunezja, Libii też już nie ma. Niech wy...ją budować demokrację u siebie w ogródku. A Krzysiek, choć uważa, że jest Rumunem, dorastał w USA, więc ma we krwi wszystkie elementy tej dziwnej jak dla mnie amerykańskiej kultury.

Ale co tam, jedziem dalej.
Co jeszcze zauważyłem na tej wycieczce? Miasta są czyste. O ile bierzemy pod uwagę śmieci a nie zagospodarowanie. Teraz jest tak, że raniutko, wychodzi armia sprzątaczy i sprząta po wieczornej biesiadzie. Aż to miłe jest, że miasto w mgnieniu oka zamienia się w czyściocha. Śmieci są elegancko zamiatane i wywożone (gdzie i jak, tego nie wiem, ale mam nadzieję, że jakoś sensownie dają sobie z tym radę). Łąk reklamówkowych już nie widziałem.

Kiedyś chciałem zrobić sobie wycieczkę z Kanarów do Maroka albo w odwrotną stronę. Kiedyś było to możliwe, bo ... pływał prom z Kanarów (chyba z Fuertaventury) na kontynent do Tarfaya właśnie. Pływał, bo od chyba 2008 roku, nie pływa. Owszem, nadal jest w wodzie, ale stoi sobie na mieliźnie jakieś 5 km od portu w Tarfaya. Moja i chyba nie tylko moja, nadzieja na taką wycieczkę, odeszła póki co, w siną dal. A szkoda, bo w dobie dzisiejszych tanich połączeń lotniczych z Kanarami i Marokiem, taki prom byłby genialnym rozwiązaniem. Ale widocznie nie jest to na rękę ani władzom Hiszpanii ani Maroka. Już widzę oczyma wyobraźni, a oczy mam duże, jak naćpany wielbłąd, tłumy chętnych z Maroka, z Afryki, chcących dostać się do raju, jakim dla nich jest Unia Europejska. Widać to na przejsciach granicznych pomiędzy Marokiem a hiszpańskimi enklawami Melilą i Ceutą. Tam jest gorzej niż na przejściu Medyka - Szeginie (Polska - Ukraina).

Jedziemy dalej. Dalej jest już pustynia, wiatraki, solary, ciężarówki, góry piachu, wielbłądy zakolczykowane, barany, kozy, piach, wiatr w plecy, wiatr w bok, wiatr w mordę (dziś taki miałem wrrr).
Wielbłądy i ich transport to ciekawy temat. Zresztą transport zwierząt w tym regionie, to osobne zagadnienie.
Wozi się je, te wielbłądy, te barany, te kozy i nawet tamte krowy czym się da i jak się da. Pakują na niewielkiego pickupa, jednego, a czasami i więcej garbatych pasażerów i dymają z nimi przez pół Maroka. Baranów na takim pickupie mieści się do kilkunastu sztuk, a może i więcej, jak się im zrobi przewóz piętrowy. Kurczaki to już inna bajka, te mają swoje pudełka i tam siedzą po kilka sztuk. No to ja się pytam, gdzie są ci zachodni ludzie, którzy chcą demokratyzować społeczeństwa? Może najpierw zaczęli by od uświadamiania, że zwierz też człowiek i swe potrzeby ma.
Ale może takiemu wielbłądu nie robi to, że przez cały dzień leży na pace picupa powiązany i ruszyć się nie może. Ja się na tym nie znam, ale mi by to przeszkadzało.

  

 

    

Z racji na dość duże odległości tu na Saharze Zachodniej, pomiędzy miejscowościami, nie jeżdżą miejscowi motorkami, a samochodami. Najczęściej spotykanym autem jest stary, wysłużony, ale sprawy i przygotowany na wszystko Land Rower.
Są ich tu tysiące w różnej kondycji rzecz jasna. Ale kto tu się martwi o jakiś przegląd techniczny. Skoro jeździ, to jest sprawny. Może i są tu jakieś przepisy dot. sprawności pojazdów, ale nie widziałem jeszcze ani jednej stacji diagnostycznej. Za to widziałem setki niewielkich warsztatów samochodowych, gdzie naprawiają każdą markę, która nie wymaga podpięcia do komputera. Zresztą po co tu jakiś komputer. Wielbłąda, kozę, barana czy inny inwentarz nawet i na 2 nogach, można przewieźć tym co jedzie, a nie tym co ma przegląd.

Oprócz Land Roverów, najczęściej spotykaną marką są, a jakże, Mercedesy Beczki różnej jakości i koloru. W miastach służą za taksówki, tzw. grande taxi. Pozostałość po Francuzach, ale dlaczego Mercedesy, tego nie wiem. Ale jak widać niemiecka myśl techniczna w postaci Beczek, znana i ceniona jest w wielu krajach świata.


  

 

    

Wracając jeszcze do wątku policyjnego. Tu każdy policjant na służbie, a przynajmniej taki, którego ja widuję, ma na sobie, znaczy na mundurze, oprócz przysłowiowej pały, kamerę. To co udało się szybko wprowadzić w Maroku, nie może być wprowadzone u nas. Tak, panie Mariuszu, tu się dało. Tu się wszystko nagrywa i widać jak na dłoni kto dał dupy. U nas widać wszystko na dupie, kto dał dłoń :) .

Zasięgi telefonów komórkowych są przy tej głównej i jedynej trasie zajebiste. W zasadzie LTE przy Maroc Telecom nie schodzi z ekranu. I faktycznie to działa. Za 100DH, co stanowi ok. 40 zł dostaje się 10 GB danych. I można hulać, że aż miło. Polecam taki zasięg przy naszych autostradach i drogach szybkich. Jak jadę z Przemyśla do Rzeszowa, to przez 10 min wpadam w czarną komórkową dziurę pomiędzy Jarosławiem a Przeworskiem. A podobno mamy 21 wiek i geniuszy od wykluczenia cyfrowego.

  

 

    


A tak swoją drogą, to dziś się dowiedziałem, że UE wdrożyła art. 7 traktatu, a Adrian podpisał sklonowane ustawy o sądach. Czy to oznacza, że wychodzimy z UE? Kurcze, a tak fajnie mi się podróżuje bez stania w kolejkach na granicach i roaming jest niski. I co teraz będzie? Postawią szlabany na granicy z Niemcami, Czechami i Słowakami? To jak pojadę na piwo do Tadeusza tu poznanego? A co w taki m razie z ruchem pomiędzy Ukrainą a Polską? Ponownie wprowadzi się wizy dla Ukraińców? Przecież z nich to żyje 3/4 Przemyśla. Ech, czarny scenariusz tu jakiś roztaczam. Może to dlatego, że najadłem się tagina z mięchem i mi kiszki dziwne dźwięki zaczynają wydawać, to to oznacza w zasadzie tylko jedno, że chyba będę musiał się za chwilkę udać w miejsce zadumy i tym samym zakończyć ten mój dzisiejszy myślotok.


Ale, że idą Święta Bożego Narodzenia, to ja Wam, Drodzy Czytacze, życzę, będą bardzo oryginalny, wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia. A co, zawsze byłem oryginalny i zawsze ...

Specjalne 2 foty pod te rodzinne i pokojowe święta:



  





Maroko 2017b część 3

Czołem Czytacze,


Żyję i mam się póki co, całkiem nieźle, choć wczoraj przeżyłem kryzys. Zawsze mi się taki zdarza podczas mojego wyjazdu rowerowego.

Ale do rzeczy. Z Gulmim ruszyłem dość żwawo w kierunku Wielkiej Piaskownicy.


A piaskownica wieka jest. Kiedyś podobno, wg ostatnich badań, była tu tropikalna dżungla. Ale przyszedł jakiś kataklizm klimatyczny i się zrobiła piaskownica. Niektórzy uważają, że to po biblijnym potopie, a inni, że to dopust boży, a jeszcze inni, że to normalne zjawisko klimatyczne. Zwał jak zwał, ważne, że teraz jest tu dużo piasku.

Jadąc dalej, w kierunku tej Wielkiej Piaskownicy, ale bez babek piaskowych, miałem dość sporo czasu, aby poobserwować miejsca i ludzi wokół i ich zwyczaje.

Dojechaliśmy do miasta Tam-Tam Plage i mieliśmy zjeść coś koreańskiego w restauracji koreańskiej w tym miasteczku, ale ... knajpka była zamknięta. Zdarza się. Nocleg na kempingu dla turystów spragnionych wysokich fal i szybkich wiatrów. Poszliśmy też na zakupy. Trzeba było nabyć coś na dalszą drogę. A, że ja wolę kupować nie kota w worku, więc za prawie każdym razem, grzecznie proszę o pozwolenie bycia sprzedawca, wchodzę za ladę i sam się obsługuję, znajdując to, co mnie w danej chwili interesuje. Czasami wygląda to dość zabawnie, jak turysty w mej postaci, grasuje między półkami. Zwłaszcza na miejscowych robi to zabawne wrażenie. Ale taki sposób daje tę możliwość, że kupi się to, co chce się kupić, a nie to co chcą ci sprzedać.

Potem poszedłem jeszcze na miasto i wreszcie nagrzeszyłem, że aż miło. Najadłem się smażonych ryb i chlebka do woli. Dawno już tak się nie nażarłem. Smażenina nie jet moim ostatnio przysmakiem, ale czasami warto zgrzeszyć. Zwłaszcza, jak jest to świeże i smażone na świeżym oleju, a nie na śmierdzącym gównie ze skrzyni biegów mojego Szarika.

Spanko w apartamencie z amerykańskim Rumunem za 200 DH. Nie jest to mało, ale i nie są to jakieś kosmiczne pieniądze. O północy coś mnie obudziło. A,że sen mam czuły, to wyskoczyłem z łózka jak z procy. Bojler się zagotował i puszczał zawór bezpieczeństwa. Co ciekawe, jak zakręcałem zimną wodę w łazience, to z kranu w kuchni leciała para w ilości olbrzymiej. Ale jak odkręcałem zimną wodę w łazience, to i bojler się uspokajał. No ale nie zamierzałem spać przy cieknącej zimnej wodzi i gotującym się bojlerze. Znając nieco zasady PVT, doszedłem do wniosku, że nie jest to bardzo ryzykowne, ale po co się męczyć. Poprosiłem o pomoc ochroniarzy. Ci wyrwani z odchłani snu lub innych uciech zielno - trawowych, nie za bardzo wiedzieli co się dzieje. Próbowali kręcić wszystkimi zaworami i dziwili się, że jak zakręcają wodę, to para bucha. Nieco nauki termodynamiki by im się przydało. Ja byłem spokojny, a oni raczej zdziwieni sytuacją. Bo jak o tak, zakręcają wodę, a tu para bucha? Ja im tylko grzecznie powiedziałem, że nie zapłacimy za nocleg.

Rano przeszedł szef. Coś opowiadał, że możemy się wykąpać w apartamencie obok, a że nas to nie interesuje, i że całą noc baliśmy się, że bojler wybuchnie i że nie zapłacimy całych 200 DH. Stanęło na połowie tej kwoty. Co uważam za rozsądną cenę za taki luksusowy apartament. Czyli wyszło 50 DH za człowieka. Krzysiek był nieco zdziwiony moim postępowaniem, ale on jako Amerykanin rozumuje znacznie inaczej niż taki obywatel krajów kręgu socjalistycznego.

Pojechaliśmy dalej. Dojechaliśmy wieczorem do kolejnego posterunku policji przed Saharą Zachodnią. Tam panowie policmajstry zobaczyli paszporty obywatela USA i Polaka (bądź co bądź z Unii Europejskiej) i nie chcieli nas puścić dalej w "dziki" teren samych. A noc był już tuż tuż, a do najbliższego hotelu wg Krzysztofa było 25 km, a wg wskazań licznika z dna następnego 17 km. I gdyby nie to, że Krzyśka licznik miał przewagę, bo to amerykański licznik, to pewnie bym dojechał te jeszcze 17 km.

Policmajstry chcieli nam nawet zafundować tam hotel. No ale licznik Krzyśka ...

Poza tym, Krzysiek twierdził, że  oni uważają nas za szpionów a tych wolą mieć na oku. A ja uważam, że najzwyczajniej się o nas bali i nie chcieli abyśmy jechali po nocy. Dedukcja była po mojej stronie prosta. Wcześniej przejechałi Amerykanin i Hiszpanka i nie było problemu. Wiec nagle my mielibyśmy być szpiegami? No ale Krzysiek, ma taką wizję wszechświata i tyle. Jego sprawa. Szpiony są wg niego wszędzie.

Następny dzień i jazda już przy Wielkiej Piaskownicy, przy wietrze raz w plecy raz z boku a raz w mordu (jak pisał Tadek z Czech). Tak dostałem w dupę, że po przejechaniu 120 km, zrobiłem sobie przerwę i zostałem na 2 nocki w Tarfaya.

Coraz więcej kobiet nie nosi hidżabów, mają odkryte włosy i uśmiechają się do obcych mężczyzn. Nie wiem, czy to jest zasługą tego, że zbliżam się do Sahary, czy "bo tak".

Stroje też są coraz bardziej kolorowe.

Jeszcze jak byłem w Maroko w 2015 roku, to miasta sprawiały wrażenie bardziej brudnych. Dzisiaj, rzadko widać syf na ulicach. A o plastikowych reklamówkach należy zapomnieć. I chwała królowi za to. Sporo mają jeszcze do zrobienia w temacie śmieci i syfu, ale duży krok został zrobiony, przez wydanie zakazu używania reklamówek sklepowych. U nas chcą podwyższyć cenę za taką torebkę, przy zakupach, a tu w Maroku, po prostu został wydany zakaz. Pokrętna logika naszych "myślicieli" jest tak, że jak podrożysz towar, to nie będzie nabywców. A to jest bzdura. To jest tylko dodatkowa kasa dla hiper i super marketów. Jak szybko nauczy się społeczeństwo brać na zakupy własną torbę? W Polsce, bardzo wolno. Więc o co chodzi? Jak to o co? O pieniądze. Korporacje czuwają nad swoimi interesami. Zamykacie sklepy na niedziele, to oddajcie nam kasę w torebkach.




Maroko 2017b część 2

Cześć Czytacze, Nie odzywałem się, bo tak jakoś się nie składało. Może teraz uda mi się sklecić kilka słów. Siedzę sobie przy kawie w miejscowości Tan-Tan i czekam na Krzysztofa. Krzysiek to Amerykanin, choć twierdzi, że jest Rumunem. Może i jest. Typ ciekawy. Ożenił się z pół Półka pół Rosjanka i mieszkają w Rumuni. Żona obecnie opiekuje się mama w ... Warszawie. Ciekawy zaiste typ. Ale od początku. Przyjechałem, a w zasadzie przyleciałem do Maroka, żeby wyczyścić sobie głowę. Jest z czego, ale o tym może za jakiś czas. Tak więc jestem w kraju, który lubię. Niekoniecznie rozumiem, ale lubię. Lubię wolność i uśmiechniętych ludzi, a tacy tutaj są na każdym kroku. Nie wiem czy do końca wolni, ale z pewnością zadowoleni. Niezadowoleni nie uśmiechali by się na każdym kroku. Swoją podróż zacząłem od Agadiru, gdzie przyleciałem. Przy wyjściu z lotniska, bagaż ponownie przeszedł kontrolę w komorze. Pani kazała go otworzyć i pytała się czy nie mam drona. Czyżby nie można było latać dębem po Maroku? Muszę to sprawdzić. Ale gdzie? Potem ruszyłem znaną mi drogą w kierunku Tiznitu. Ominąłem go i przez Sidi Ifni pojechałem do Gulmim. W Sidi Ifni byłem 2 lata temu. Do Gulmim nie dojechałem. Odbiłem wtedy w lewo do Taty i do Furm Zgid. Droga znana ale nieco inna. Mogłem przyjrzeć się temu, co umknęło mej uwadze wcześniej. Góry piękne, niskie ale piękne. Porośnięte plantacjami agawy. Nie było za ciepło. A prognoza przepowiadała przelotne opady. Za każdym razem chciałem zobaczyć, jak woda płynie w suchych na ogół korytach. Drugą noc spędziłem nad oceanem ale chyba trzecią lub czwartą pod starym drzewem oliwnym. Nie wiem ile ma lat, ale wygląda na przynajmniej 2 razy starsze ode mnie. No i stało się. Zaczął padać, kropić deszczyk. Szła noc i trzeba było rozłożyć namiot. Domek, mój domek. Mały ale tylko mój. I rozłożyłem. Rozłożyłem na trakcie stróżki wody spływającej z pola. Nie, że nie zdawałem sobie sprawy, że może płynąć tędy strumyczek. Ale nie było innego żadnego w miarę równego miejsca, a deszczyk przestawał kropić. Cichł. Więc byłem bezpieczny. Ale przezornie pochowałem wszystko do sakw i worka i przygotowałem się na powódź. I nie zawiodłem się. Strumyczek podciekł pod namiot. Poczułem pod sobą jak materac się rusza, jakbym leżał na łóżku wodnym. I tak też było, tyle że byłem sam w czarnej kuli a obok nie leżała bląd piękność, tylko sakwy. Takie to jest życie. Spakowałem się jeszcze szybciej niż szybko i w nogi na przystanek. Stamtąd do następnej wei. A nocleg znalazłem w zamykanej od środka i czystej przybudówce. Tak to doświadczyłem mocy marokańskiej wody z nieba. Nie dziwią, że takie są porozrywane koryta suchych rzek, skoro góry są łyse, a ziemia to w większości kamienie. Stąd też zrozumiałem po co są budowane murki równolegle do zbocza. W ten sposób osłabia się moc wody i nieco się ją spowalnia aby gleba ja wchłonęła. Stąd też studnie i ujęcia w okolicach takich strumyczków, jak ten co mnie zaatakował. Doświadczenie całkiem nieźle, pod warunkiem, że w pełni jesteśmy na nie przygotowani. Zwłaszcza mentalnie. Pojechałem potem grzecznie do Gulmim i tam spędziłem 2 noce w hoteliku. W Gulmim poznałem Ahmeda, Saharyjczyka. Tłumaczył mi, że Sahara Zachodnia to nie Maroko. No i ma rację, to są ziemie zagarnięte jak kiedyś Polska zniknęła rozebrana przez zaborców. Tym razem nie mam się gdzie spieszyć. Miałem jechać w Atlas, a pojechałem na Saharę. Przede mną 2 tygodnie Wielkiej Piaskownicy po lewej i Atlantyku po prawej. Czasami coś wrzucę na fejsbuka, więc tam też zaglądajcie http://facebook.com/grzegorz.balrazar.kujbida Wczoraj przejechałem po raz pierwszy ponad 100 km. Ciekawe czy następne dni będą lepsze. Czekam na Krzyśka, amerykańskiego Rumuna ożenionego z pół Półka a pół Rosjanka. Gadającego po polsku, rosyjsku i Bóg wie jakiemu jeszcze. Droga wzdłuż Atlantyku jest jak autostrada rowerowa. Dziś spotkałem, a nie wczoraj ich spotkałem, parę z Barcelony jadąca dookoła Swiata, wcześniej Tadka z Czech, amerykańskiego Rumuna, a za mną jadą znajomi Robba z Polski. Za dużo nas tu. Robi się tłoczno.

Maroko 2017b część 1

Witajcie drodzy Czytacze mych wynurzeń. Zacznę od tego, że znowu jestem w drodze. W drodze przez życie i w drodze przez mój ulubiony kraj - przez Maroko. Winny Wam jestem zakończenia wycieczki wiosennej, która wprowadziła mnie na nowy etap mojego żywota. Winien Wam jestem informacji co się zmieniło w moim świecie. A zmieniło się wszystko oprócz jednego. Ale nie napiszę póki co nic więcej, bo muszę mieć do tego odpowiedni nastrój, żeby napisać prawdę i nie "uszkodzić" nikogo oralnie. Nagradzać będę, bo to zawsze należy robić. Napiszę, obiecuje, i to niebawem. Ale jeszcze nie dziś. Dziś ruszam w moją piąta i najdłuższą wycieczkę po Maghrebie. Jak Allah pozwoli to 6 tygodni a może i dłużej. Pokochałem ten kraj i chyba czas zacząć się uczyć gadać po arabsku. Jeśli znacie kogoś, kto w Przemyślu mógłby mi w tym pomóc, proszę o kontakt. A tymczasem ruszam z kawiarni po wypiciu niezłej kawy, ale nie tak dobrej jak kawa z http://facebook.com/miejscekawaizabawa Na szczęście mam kilka paczuszek i własną kawiarkę. Insz Allah

Zakończenie nr 1 Maroko 2017a

Witam Cię Drogi Czytelniku mych wypocin,

Winien Ci jestem jeszcze kilka słów zakończenia mojej (naszej) wyprawy do Maroka.



Po przejechaniu najdłuzszego odcinka marokańskich przestrzeni, dojechałem, ja rowerem Agata autobusem i rowerem do pieknego miejsca, skrytego w gaju palmowym, skąd następnego dnia ruszyliśmy, jak się wydawało, na podbój pustyni, do turystycznej Mekki marokańskich piasków, do Merzugi.
Przejechaliśmy w skwarze i pod wiatr jakieś 50 km. Tylo przez nasza głupotę lub dzięki niej, przejechaliśmy tylko, albo aż tyle kilometrów. Wiatr był tak wielki, że kilka razy o mało co, nie skończyłem pod kołami autobusów i raz wielkiego tira. Słońce schowało się za piaskowymi chmurami, wzbijanymi przez pieprzony wiatr, który rowerzyście zawsze w morde wieje. Wjechaliśmy na pustynie, nie na kamienistą hamadę, a na najprawdziwszą saharyjską piaskownicę. Przypomniał misie dowcip opowiadany kiedyś przez Karola Strasburgera w Familiadzie o tym jak dwa koty szły przez pustyniue i jeden mówi do drugiego: bracie, nie ogarniam tej kuwety. My też jej nie ogarnęliśmy. Dojechaliśmy wyj....ni do miasteczka Ar-Raszidijja, w którym wynajęliśmy "apartament" na 4 piętrze budynku, w którym, co dziwne w tamtym miejscu, była knajpa marokańsko - japońska. ie było w niej co prawda shushi, ale wystrój jak najbardziej, przypominał japońskie mangi. Okazało się, że właściciel owej knajpy, przez kilka lat mieszkał w Japonii. Nie próbowaliśmy potraw tam serwowanych. Woleliśmy pójść w miasto. Może źle zrobiliśmy, bo to pójście w miasto, odbiło się na mnie fatalnie. Ja od 2 lat nie jem gównianego jedzenia, nie jem żarcia smażonego na głębokim tłuszczu, nie jem mięsa i takie tam ... A na kolację, zjadłem omlet,który topił się w jakiejś mazi przypominającej zużyty smar z mojej piasty. Ale byłem tak zmęczony i wkurwiony, że było mi w tym momencie wszystko jedno co jem. No i się doigrałem. Wieczorem napieprzały mnie kich niemiłosiernie. Może przez to, daliśmy sie namówić Hassanowi, na wycieczkę na zachód Słońca na Erg Chabbi. Na szczęście nie zapłaciliśmy my całej kasy, tylko 1/3. W "apartmencie", po "negocjacjach", za lodówką, znaleźliśmy najpawdziwszego camela z ... Lanzarotte. No tego k... jeszcze nie było, żeby dać się w ch... zrobić camelowi z Lanzarotte (Lanzarotte to jedna z wysp Kanaryjskich; byłem i widziałem tam camele). Rano, poszliśmy po rozum do głowy i zrezygnowaliśmy z zachodu Słońca, wielbłądów i całego tego gównianego, turystycznego szitu. Nie wspominając o tym, że cały czas wiatr wiał jak wściekły i tak, zachodu Słoneczka by romantycznego nie było.



Hassan, jak się dowiedział, że zrezygnowaliśmy, mało co nas na początku nie zabił ... wzrokiem. Gdyby miał moc Bazyliszka, to wyparowalibyśmy jak kometa Shoemaker-Levy 9 wpadającą w atmosferę Jowisza kilka lat temu, Ale za chwilę, chciał nam sprzedać juz nie jazdę a camelach, a dżipami. Ale i z tej "fantastycznej" atrakcji nie chcieliśmy skorzystać. Stanęło na naszym - nie jedziemy na camelach, ani dżipach, mamy w d... zachód Słońca, ja czuję się po omlecie fatalnie. Jakoś się udało wyłgać. Resztki naszej czujności poprzedniego dnia, kazały nie płacić całej kwoty za "camela z Lanzarotte" i zachód Słońca na pustyni. Choć w chwili przebłysku naszego, a w zasadzie o jego intelektu, chciałem dymać rowerem następne 100km po rozgrzanym pustkowiu, potem dosiąść camela i pruć na jego grzbiecie przez 2 godziny do "obozu" na pustynie, by zobaczyć zachodząca Naszą Gwiazdę Dzienną za ... tumany piasku. Na szczęście otrzeźwieliśmy w porę i nie daliśmy się zrobić w rzeczonego wielbłąda z Lazarotte, czyli po naszemu w ch...a.
Wieczorem złapaliśmy autobus do Tangeru, gdzie czekała na nas paczka z zakupami z Taurirtu. Po 13 godzinach dojechaliśmy do Tangeru.
Tam spędziliśmy 2 noce w oczekiwaniu na prom na Stary Kontynent. Ale o tym może jeszcze coś napiszę :)

Trzeba Wam wiedzieć, że już niebawem ruszam w ponowną podróż po Maroku. Muszę zakończyć pewien etap swojego żywota, a tylko tam mogę tego dokonać, aby być w zgodzie ze sobą i swoim życiem.
Oczekujcie zatem moich następnych wypocin.