Maroko 2017b część 3

Czołem Czytacze,


Żyję i mam się póki co, całkiem nieźle, choć wczoraj przeżyłem kryzys. Zawsze mi się taki zdarza podczas mojego wyjazdu rowerowego.

Ale do rzeczy. Z Gulmim ruszyłem dość żwawo w kierunku Wielkiej Piaskownicy.


A piaskownica wieka jest. Kiedyś podobno, wg ostatnich badań, była tu tropikalna dżungla. Ale przyszedł jakiś kataklizm klimatyczny i się zrobiła piaskownica. Niektórzy uważają, że to po biblijnym potopie, a inni, że to dopust boży, a jeszcze inni, że to normalne zjawisko klimatyczne. Zwał jak zwał, ważne, że teraz jest tu dużo piasku.

Jadąc dalej, w kierunku tej Wielkiej Piaskownicy, ale bez babek piaskowych, miałem dość sporo czasu, aby poobserwować miejsca i ludzi wokół i ich zwyczaje.

Dojechaliśmy do miasta Tam-Tam Plage i mieliśmy zjeść coś koreańskiego w restauracji koreańskiej w tym miasteczku, ale ... knajpka była zamknięta. Zdarza się. Nocleg na kempingu dla turystów spragnionych wysokich fal i szybkich wiatrów. Poszliśmy też na zakupy. Trzeba było nabyć coś na dalszą drogę. A, że ja wolę kupować nie kota w worku, więc za prawie każdym razem, grzecznie proszę o pozwolenie bycia sprzedawca, wchodzę za ladę i sam się obsługuję, znajdując to, co mnie w danej chwili interesuje. Czasami wygląda to dość zabawnie, jak turysty w mej postaci, grasuje między półkami. Zwłaszcza na miejscowych robi to zabawne wrażenie. Ale taki sposób daje tę możliwość, że kupi się to, co chce się kupić, a nie to co chcą ci sprzedać.

Potem poszedłem jeszcze na miasto i wreszcie nagrzeszyłem, że aż miło. Najadłem się smażonych ryb i chlebka do woli. Dawno już tak się nie nażarłem. Smażenina nie jet moim ostatnio przysmakiem, ale czasami warto zgrzeszyć. Zwłaszcza, jak jest to świeże i smażone na świeżym oleju, a nie na śmierdzącym gównie ze skrzyni biegów mojego Szarika.

Spanko w apartamencie z amerykańskim Rumunem za 200 DH. Nie jest to mało, ale i nie są to jakieś kosmiczne pieniądze. O północy coś mnie obudziło. A,że sen mam czuły, to wyskoczyłem z łózka jak z procy. Bojler się zagotował i puszczał zawór bezpieczeństwa. Co ciekawe, jak zakręcałem zimną wodę w łazience, to z kranu w kuchni leciała para w ilości olbrzymiej. Ale jak odkręcałem zimną wodę w łazience, to i bojler się uspokajał. No ale nie zamierzałem spać przy cieknącej zimnej wodzi i gotującym się bojlerze. Znając nieco zasady PVT, doszedłem do wniosku, że nie jest to bardzo ryzykowne, ale po co się męczyć. Poprosiłem o pomoc ochroniarzy. Ci wyrwani z odchłani snu lub innych uciech zielno - trawowych, nie za bardzo wiedzieli co się dzieje. Próbowali kręcić wszystkimi zaworami i dziwili się, że jak zakręcają wodę, to para bucha. Nieco nauki termodynamiki by im się przydało. Ja byłem spokojny, a oni raczej zdziwieni sytuacją. Bo jak o tak, zakręcają wodę, a tu para bucha? Ja im tylko grzecznie powiedziałem, że nie zapłacimy za nocleg.

Rano przeszedł szef. Coś opowiadał, że możemy się wykąpać w apartamencie obok, a że nas to nie interesuje, i że całą noc baliśmy się, że bojler wybuchnie i że nie zapłacimy całych 200 DH. Stanęło na połowie tej kwoty. Co uważam za rozsądną cenę za taki luksusowy apartament. Czyli wyszło 50 DH za człowieka. Krzysiek był nieco zdziwiony moim postępowaniem, ale on jako Amerykanin rozumuje znacznie inaczej niż taki obywatel krajów kręgu socjalistycznego.

Pojechaliśmy dalej. Dojechaliśmy wieczorem do kolejnego posterunku policji przed Saharą Zachodnią. Tam panowie policmajstry zobaczyli paszporty obywatela USA i Polaka (bądź co bądź z Unii Europejskiej) i nie chcieli nas puścić dalej w "dziki" teren samych. A noc był już tuż tuż, a do najbliższego hotelu wg Krzysztofa było 25 km, a wg wskazań licznika z dna następnego 17 km. I gdyby nie to, że Krzyśka licznik miał przewagę, bo to amerykański licznik, to pewnie bym dojechał te jeszcze 17 km.

Policmajstry chcieli nam nawet zafundować tam hotel. No ale licznik Krzyśka ...

Poza tym, Krzysiek twierdził, że  oni uważają nas za szpionów a tych wolą mieć na oku. A ja uważam, że najzwyczajniej się o nas bali i nie chcieli abyśmy jechali po nocy. Dedukcja była po mojej stronie prosta. Wcześniej przejechałi Amerykanin i Hiszpanka i nie było problemu. Wiec nagle my mielibyśmy być szpiegami? No ale Krzysiek, ma taką wizję wszechświata i tyle. Jego sprawa. Szpiony są wg niego wszędzie.

Następny dzień i jazda już przy Wielkiej Piaskownicy, przy wietrze raz w plecy raz z boku a raz w mordu (jak pisał Tadek z Czech). Tak dostałem w dupę, że po przejechaniu 120 km, zrobiłem sobie przerwę i zostałem na 2 nocki w Tarfaya.

Coraz więcej kobiet nie nosi hidżabów, mają odkryte włosy i uśmiechają się do obcych mężczyzn. Nie wiem, czy to jest zasługą tego, że zbliżam się do Sahary, czy "bo tak".

Stroje też są coraz bardziej kolorowe.

Jeszcze jak byłem w Maroko w 2015 roku, to miasta sprawiały wrażenie bardziej brudnych. Dzisiaj, rzadko widać syf na ulicach. A o plastikowych reklamówkach należy zapomnieć. I chwała królowi za to. Sporo mają jeszcze do zrobienia w temacie śmieci i syfu, ale duży krok został zrobiony, przez wydanie zakazu używania reklamówek sklepowych. U nas chcą podwyższyć cenę za taką torebkę, przy zakupach, a tu w Maroku, po prostu został wydany zakaz. Pokrętna logika naszych "myślicieli" jest tak, że jak podrożysz towar, to nie będzie nabywców. A to jest bzdura. To jest tylko dodatkowa kasa dla hiper i super marketów. Jak szybko nauczy się społeczeństwo brać na zakupy własną torbę? W Polsce, bardzo wolno. Więc o co chodzi? Jak to o co? O pieniądze. Korporacje czuwają nad swoimi interesami. Zamykacie sklepy na niedziele, to oddajcie nam kasę w torebkach.