Maroko 2017b część 13 ostatnia czyli zakończenie

Czytanki i Czytacze, to już jest koniec mojej podróży po Maroku, ale nie w głąb siebie.

Pojechałem do Maroka aby załatwić nieco spraw ze sobą. Wyjazd nie był łatwy ani prosty, a na samym początku i niezbyt przyjemny. Nieprzyjemny, bo Święta, bo Sylwester, bo daleko od wszystkich bliskich.

Na szczęście w miarę kilometrów, czasu i rozmów z przyjaciółmi w kraju i obcymi tutaj, zaczęło się fajnie wszystko układać.

Czy osiągnąłem to, po co przyjechałem? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak. Przynajmniej częściowo. Czy w całości dogadałem się ze sobą? Nie wiem i pewnie długo się nie dowiem, o ile kiedykolwiek.

Wiele spraw przestało istnieć, wiele się wyprostowało lub nabrało zupełnie innych barw. Część z nich stała się prosta, część zabawna, a część najzwyczajniej w świecie zniknęła, odeszła i mam nadzieję, że więcej już nigdy nie wróci.

Odeszło wiele lęków. Czy przybyły nowe? Nie wiem. Życie składa się z wielu kolorów. Do tej pory znałem tylko czerń i biel. A przecież są jeszcze odcienie czerni i bieli, i wiele innych barw. Wszystko ma swój wymiar i swoje miejsce w czasie i przestrzeni.

My jesteśmy tylko niewielką cząstką czegoś, co jest wokół nas. A nasze problemy są olbrzymie tylko dla nas. To tak, jak w piosence Okudżawy o niebieskim baloniku. Bardzo ją lubię i często słucham podczas wypraw rowerowych czy dłuższego biegania w terenie. To tak, jak dla małego chłopczyka, wielkim problemem jest urwane koło z ulubionej ciężarówki. Dla starszego chłopca, to nie problem, bo jakie tam koło. Przecież można przykleić, albo kupić nową. Ale dla dzieciaka, to wielki problem. Tak samo i z życiem. Każdy ma problemy na swoją miarę. Ważne, aby potrafić je opanować i nie użalać się nad sobą. Twardym też nie ma po co być za bardzo. Bo twardy jest czołg, a nie człowiek.

To była moja najdłuższa i najtrudniejsza a zarazem najwspanialsza podróż. Najdłuższa, bo faktycznie, nie byłem jeszcze na tak długiej samotnej wyprawie. Nawet w Nowej Zelandii nie byłem sam przez tak długi czas. Najtrudniejsza, bo zmagałem się z samym sobą, ze swoimi problemami i swoimi rozterkami. Najwspanialsza, bo dogadałem się, mam nadzieję, ze sobą. Wiem, przynajmniej w części, czego mi brakuje, czego bym chciał, a czego nie chce i co jest dla mnie złe, a co jest dobre. Bo poznałem wielu fantastycznych ludzi. Bo zobaczyłem to, czego wcześniej nie widziałem w sobie i wokół siebie. Bo się uspokoiłem. Nigdy też, nie wsiadałem do samolotu z zadowoleniem spełnionej misji, a jednocześnie z niedosytem, że to było, jest, za mało, że powinno to trwać jeszcze dłużej. Jak długo? Nie wiem.

Zrozumiałem też, a może przede wszystkim, że szczęście sami kreujemy. I, że jedne drzwi się otwierają, jak inne się definitywnie zamkną. Tak się dzieje wokół mnie od pewnego czasu. Coś się kończy, coś się zaczyna. Może wreszcie przestanę się bać "zamykać drzwi".

I oby to była prawda, a nie sen. Zrozumiałem też, że warto być uśmiechniętym i uśmiechać się do innych ludzi, że warto dawać dobro i być dobrym także dla siebie. Jeżeli Ty czujesz się dobrze, to Świat wokół Ciebie też taki jest i oddaje Ci to, co Ty mu dałeś.

Przeglądając dziś fotki, znalazłem jedną, która, hm, jest odbiciem tej podróży. Ciekawe, dlaczego dopiero teraz ja zauważyłem?

"coś się kończy, coś się zaczyna"



Mam nadzieje, że dobrze Ci się czytało te moje pisanki. Po raz pierwszy w całości zostały napisane bez grama markoli.

Chciałbym na swoją 50tkę stanąć na Białym Kontynencie. Wykonalne? Insz Allah.


PS. Moje nowe motto:

SZCZĘŚLIWY CZŁOWIEK TO WOLNY CZŁOWIEK