Maroko 2017b część 10

Heloł Czytacze i Podglądacze,

I nastał nowy dzień. Żeby nie było, to Baltazar ruszył swoje 4 litery i pojechał z Foum Zguid w Ku Słońcu, w kierunku na Zachód, bo tam musi być cieplej. I musi wiać wiatr w plecy.

Wyjechałem po 2 dniach odpoczynku od starego znajomego, który chwalił się, że ma najszybszy Internet w okolicy. I jest to prawda. Wyruszyłem w nieznaną a jednocześnie znaną trasę. Wyruszyłem w kierunku Agadiru, gdyż nieuchronnie zbliżał się termin końca mojej piątej już wycieczki do Marako, po kraju, w którym jestem zakochany od pierwszego dotyku, od pierwszego łyku marokańskiego powietrza i pierwszego muśnięcia bryzą znad Morza Śródziemnego, po ostatni huragan piaskowy.

Trasę z Agadiru do Foum Zguid przemierzyłem 1,5 raza. Pierwszy raz w 2015 roku wracając na lotnisko właśnie z Foum Zguid, drugi raz w grudniu, jadąc także autobusem z Dakhli do Warzazat.

Trasa piękna i jedyna w swoim rodzaju. Wyjeżdża się z piasków Sahary, przez przesmyk pomiędzy pancerzem skalnym w Foum Zguid w kierunku Atlasu Wysokiego pod sam najwyższy szczyt Maroka Dżabal Tubkal.

Jadąc nią autobusem, obiecałem sobie, że kiedyś przejadę nią rowerem. I nie musiałem długo czekać na spełnienie danej sobie obietnicy. Już niecałe 3 lata po przyrzeczeniu, jadę nią i jestem niezmierne zadowolony. Mało tego, że trasa piękna, to jeszcze pogoda dopisała. Słoneczko, wiatr mizerny, no tak było na początku, a widoki zapierały dach i odejmowały mowę.







Po przejechaniu ponad 70 km, przy czym niestety, ostatnie 10 z wiatrem w mordu, jak mawia znajomy Czech, trafiłem na coś, co na mapie widniało jako kemping. I co? No zakotwiczyłem się. Dostałem pokoik i łóżeczko. Niestety, prąd był tylko z solarów. Ale z tym sobie poradziłem bezbłędnie. Mam przecież zawsze ze sobą cały zestaw młodego elektronika. Miernikiem wybadałem gdzie plus a gdzie minus. Nawet właściciel tego przybytku korzystał z moich usług, bo sam jakoś nie miał pojęcia jak instalacja działa. A chciał pooglądać jakiś mecz w TV. Niestety, pomimo wielu prób, nie udało mi się uruchomić dekodera. Coś z zasilaniem w nim był zwalone, bo nie chciał się włączyć. Najciekawsze w tym było to, że pan właściciel, miał instalację 12V ale gniazdka z instalacji 220V. I za wszelką cenę, chciał uruchomić na 12V zasilacz przeznaczony na 220V. No i prawdopodobnie coś wtedy usmażył, bo dekoder nie chciał zamrugać ani ćwiarteczką światełka.

Ale zamiast meczu, obejrzeliśmy moje fotki z Białowieży. Pan właściciel chciał zobaczyć jak wygląda Polska. I to potwierdza moją tezę, że w takich miejscach, to my jesteśmy dla mieszkańców atrakcją i to dzięki nam, mogą dowiedzieć się czegoś o świecie. O świecie, który ich interesuje tak samo jak nas. Różnica jest tyko taka, że nas teraz jest stać na podróżowanie, a ich jeszcze nie. Ale to zapewne się zmieni. Może nie za rok, dwa czy dziesięć. Ale się zmieni. Każdy dąży do wzbogacenia się. My kiedyś także byliśmy zamknięci i tylko nielicznym udawał się przedostać za granicę, prędzej wschodnią niż zachodnią.

Pan także, zresztą nie tylko ten pan, pytał się mnie o żonę i o dzieci. Cóż, nie posiadam ani żony ani dzieci, więc musiałem wymyślić jakąś bajeczkę. No i wymyśliłem, że żona jest w Polsce, a nie mamy dzieci, bo nie możemy ich mieć. I to wystarczyło za każdym razem aby temat nie był dalej kontynuowany. Niemniej jednak, świadczy to tylko o tym, jak wielką wagę Marokańczycy przywiązują do rodziny, do dzieci. Zapewne będzie tak, że jak się już wzbogacą, to nie będą mieli po 5 - 10 dzieci, a 2, maksymalnie 3. W przeszłości, przed wojną, rodziny polskie także były wielodzietne. A teraz szukać na palcach jednej ręki takiej. Wygoda? Zapewne.

Jako, że musiałem zrobić znajomemu pokaz slajdów na jakiś festiwal, który właśnie dzisiaj się gdzieś tam odbywa w Polsce, potrzebowałem nieco prądu. A tak, jak wspomniałem, prąd z akumulatorów. Ale udało się. Wreszcie przydał mi się mój zestaw pierwszej pomocy hakera - elektryka i włamałem się do skrzynki rozdzielczej instalacji w pokoju moim. Śrubokręcik, miernik i krokodylki załatwiły temat zasilania laptopa.

Rano ruszyłem w górę na przełęcz. Droga prostą, a przełęcz mało wymagająca. A przynajmniej dla nie. Nie przejechałem w tym dniu zbyt wielu kilometrów, raptem jakieś 25. Pogoda się załamała i zaczął padać deszcz. Zimno, ciemno i do domu daleko.






Hotel, ciepła woda i zaprzyjaźnianie się z miejscowymi. Hotel utargowałem na 60 Dirhamów ze 100. Powiedzmy, że cena znośna. Jak potem rozmawiałem z miejscowymi, to sami powiedzieli, że to dobra cena. A, że ja się szybko w takich miejscach odnajduję, to pod wieczór ruszyłem na zwiedzanie tej części miasteczka, której nie znałem z wcześniejszych moich w nim pobytów. Zakumplowałem się od razu ze sprzedawcą skarpetek i nauszników, z właścicielem restauracji serwującej ślimaki ogrodowe. Same ślimaki może nie są rewelacyjne, ale rosołek na nich jest przepyszny. Zwłaszcza, kiedy jest kurewsko zimno, pada deszcz i do domu daleko. Zupa z jakąś podobno ostrą przyprawą też pozwoliła mi się zaprzyjaźnić z innym właścicielem restauracji w postaci wózka z garnkiem z zupą i jego bratem mówiącym w 5 językach (arabskim, berberyjskim, francuski, hiszpańskim i angielskim). Pogadaliśmy sobie trochę o polityce, o religii, o seksie w Maroku i o alkoholu. Poprosił mnie zresztą, że jak będę następnym razem, to żebym mu przywiózł butelkę dobrej polskiej wódki. W końcu Allah po zmierzchu jest ślepy.





Rano wyruszyłem w kierunku podobno najpiękniejszej drogi przez Atlas Wysoki. Mam ją pokonać jutro lub za 2 dni. Insz Allah. Ale zanim do niej dojadę, zmierzyłem się ze 120 km odcinkiem najpiękniejszej i najbardziej widokowej, trasy, jaką dotąd przejechałem. A do tego miałem wiatr, wichurę, w plecy. Przyroda oddała mi to, co wcześniej mi zabrała. 120 km wiatru w plecy. Wjazdy pod górę były tak przyjemne, że nie chciało się zatrzymywać nawet na sikanie. Jechałem nią 2 razy autobusem, ale rower to inna liga. Rower daje wolność, a wolny człowiek to szczęśliwy człowiek. Jedyny minus tej trasy, to zjazd z 1900 m do 750 m npm. Jutro będę musiał oddać tę część Matce Naturze i nieźle się napocić. Ale w końcu jestem wolny, a wolny = szczęśliwy. Czego Wam, Drodzy czytacze życzę.

Następny przekaz nie wiem kiedy będzie, ale jeszcze tu jakiś czas zostaję. Przedłużyłem sobie pobyt o kilka dni. A co tam, w końcu jestem wolnym człowiekiem. Wolnym czyli szczęśliwym. I tego się trzymajmy.