Maroko 2017b część 6 - powrót w góry

Cześć Czytacze, Czołem Oglądacze,

I stało się. Mamy 2018 roczek. A przynajmniej wg kalendarza zachodniego.

Oby ten Rok  był lepszy dla nas wszystkich niż 2017 i gorszy niż 2019. Dlaczego gorszy? Ano dlatego, żeby z każdym rokiem był progres w naszym życiu. Żeby co każdy obieg Ziemi wokół naszej Dziennej Gwiazdy, był dla nas i naszego otoczenia lepszy niż poprzedni. I mimo, że Ziemia zwalnia i za kilka miliardów lat przestanie się kręcić, a Słońce nas pochłonie, jak Jonasza pochłonął wieloryb, tak z całego serca życzę Wam Drodzy Czytacze, wszystkiego co najlepsze. Przede wszystkim zdrowia, Wam życzę, bo bez tego ani rusz. Można mieć wszystko, ale jak nie ma zdrowia, to jest przysłowiowy kibel. Potem życzę Wam miłości. Bo bez osoby/osób bliskich, których się kocha, i które kochają, świat jest nudny i niewiele warty. Człowiek jest zwierzęciem stadnym i tylko jednostki potrafią żyć w samotności. Samotność jest zabijająca. Nie po to Bóg, Natura czy co tam kto woli, stworzył taki a nie inaczej poukładany Świat, żebyśmy go psuli swoim egoizmem i chęcią zaspokojenia tylko i wyłącznie swoich potrzeb. Swoich, co nie oznacza, że wypływają one z naszego wnętrza i są naszym odzwierciedleniem. Dla mnie, nasze egoistyczne działanie wypływa z ukształtowania nas w dzieciństwie, w świecie zarządzanym przez wtedy naszych bliskich dorosłych. Potem to tylko rozwijamy i udoskonalamy. I tego Wam życzę w tym 2018 roku, aby udało się Wam przerwać ten zaklęty krąg i zobaczyć piękny świat wokół. Docenić innych ludzi, uśmiechać się do nich. Uśmiechać się bezwarunkowo. Ot tak, bo tak jest lepiej, bo tak jest milej, bo to najzwyczajniej w świecie wraca.


Noc sylwestrowa


Życzę Wam również, abyście szukali nowej drogi nie szukając jej. Jeżeli ta, po której teraz stąpacie z jakichś powodów jest dla Was niefajna, to dajcie się ponieść sercu. Szukanie za wszelką cenę nowego, może nie zakończyć się znalezieniem tego, co by Was zadowalało. Wszystko jest po coś. Jedni nazywają to przeznaczeniem, inni karma, a jeszcze inni palcem bożym. Nieważne jak będziemy to nazywać. Ważne, że to działa. Kiedyś ktoś śpiewał, że nic nie dzieje się bez przyczyny. I to jest prawda. Ja tego doświadczyłem na sobie. Wiem, że tak jest, że po to coś się wokół nas dzieje, z nami dzieje, abyśmy z tego wyciągnęli najlepsze dla nas wnioski. Czy to zrobimy, to już od nas zależy. I tego Wam życzę, abyście potrafili wyciągnąć z tego, co Wam wskazuję życie, najlepsze dla siebie. Biorąc pod uwagę otaczający Was świat rzecz jasna. Dobro wraca w zwielokrotnionej postaci. Dobro jest wspaniałością samą w sobie. Warto być dobrym dla innych, dla świata, ale przede wszystkim dla siebie. Ktoś kiedyś mądrze powiedział: kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Genialne w swojej prostocie i proste w swojej genialności.



W przeddzień Nowego Roku, na jednym z namiotowych noclegów, podszedł do mnie Człowiek i zaczęliśmy rozmawiać. On łamaną angielszczyzną, ja łamaną angielszczyzną, ale wspólne było to, że obydwoje chcieliśmy ze sobą porozmawiać. On mówił, że oni (Marokańczycy) są takimi samymi ludźmi, i że po prostu chcą porozmawiać, chcą się dowiedzieć o świecie, o zwyczajach innych, o innym, dla nich świecie. A po co my jeździmy? Dokładnie po to sam. Aby zobaczyć, poznać, porozmawiać, dotknąć czegoś, co dla nas stanowi coś nowego. Coś, co jest odległe, coś, co jest wydawać by się mogło, czymś dalekim. Ale jak się okazuje, to Coś jest zupełnie bliskie. Tym czymś jest najzwyczajniej drugi człowiek.



A co u mnie? Wyrwałem się z pustyni by ... na nią powrócić.

Wyjechałem z Dakhli autobusem CTM i przez ponad 20 godzin telepałem się nim do Agadiru by przez następne 6 dotelepać się do Warzazat. Tu już byłem wcześniej 2 razy, więc nie poświęcałem wiele  czasu na zwiedzanie. Delektowałem się najzwyczajniej smaczną kawą głównym placu miasta. Obserwowałem jak toczy się życie głównie mieszkańców tego miasta. Oczywiście byli i turyście, ale Ci są tylko "przelotem" a Tambylcy, tam po prostu mieszkają. Zresztą zachowania turystów zawsze są takie same. Zobaczyć to, zjeść tamto, pójść tu, kupić tamto i tak na okrągło. Wersja powtarzalna. A czy nie warto usiąść, zwolnić, obejrzeć się za siebie, spojrzeć w głąb siebie?



Kiedyś poddawałem się ogólnemu trendowi, ale od jakiegoś czasu, kilku, a może i kilkunastu lat, próbuję podróż wykorzystać do spotkania z samym sobą. Raz mi się to udaje, innym razem nie. Teraz, podczas tej wycieczki, jest w tym aspekcie dobrze. Zaglądam w siebie i dostrzegam rzeczy, które przez wiele lat gdzieś mi umykały.





Z Warzazat następnego dnia ruszyłem w kierunku nieco mi znanym, ale tej akurat drogi nie znałem. Ruszyłem w kierunku Merzugi. Chciałem przejechać przez Erfoud i odwiedzić Camela z Lanzarotte. Tam się coś zaczęło i tam się chyba teraz coś skończyło.

Wyjechałem z Erfoudu jakiś inny. Jakby z większym zapałem do jazdy, do dalszej jazdy w kierunku czegoś nowego, w kierunku słońca. Kiedyś mój przyjaciel, myślę, że mogę Go tak nazwać, zatytułował swoją podróż Ku Słońcu. I ja mam nadzieję wyruszyłem Ku Słońcu. A słoneczko przygrzewało całkiem całkiem. W japońskiej restauracji, gdzie zjadłem coś na kształt taginu, spotkałem trzech Niemców na motorkach Manki czy jakoś tak. A potem w centrum Erfoudu jeszcze kilkudziesięciu taki "wariatów". Wyobraźcie sobie mężczyzn i kobiety w sile wieku, rosłych i czasami z brzuszkami, a włosy poprószone siwizną, na motorkach wielkością odpowiadających naszym Motorynkom. No, może nieco większym, ale nieznacznie. Widok zaiste wspaniały. Gęba sama składa się do uśmiechu.



Po drodze spotkałem jeszcze jednego samotnego wędrowca rowerowego. Jechał z Anglii. Też sam. Nie pytałem dlaczego sam. Ale sądząc po spotkaniach ludzi w drodze, samych, wiem, że każdy samotny wędrowiec ma coś do "załatwienia" ze sobą. Są też tacy, którzy uciekają przed sobą w podróż, ale to jest droga w przepaść. Kiedyś i tak zaczniemy zadawać sobie pytania typy: Co ja tutaj robię? Po co mi to wieczne włóczenie po świecie? Co chcę osiągnąć? Komu chcę coś udowodnić? Znam kilka takich osób, którzy są w drodze. Mam nadzieję, że w drodze do swojego wnętrza. Faktem jest, że podróż zmienia perspektywę patrzenia na świat i na siebie. Jednym to zajmuje chwilę, innym wiele lat. Ale wcześniej, czy później, w zasadzie każdy zacznie zadawać sobie pytania. To coś jak biegający Forest Gump. W końcu odnalazł to, czego szukał, szukał nie szukając. Bo poszukiwania są ważne, ale ważniejsze, aby nie zgubić to czego się szuka, przez zbyt intensywne skupianie się na poszukiwaniach.

Jadąc z Erfoudu do Marzugi, dałem z siebie maksymalny wysiłek. Obejrzałem piękny zachód Słońca i wschód Księżyca. Księżyc towarzyszy mi od dłuższego czasu. Akurat teraz jest pełnia i Łysy świeci odbitym blaskiem słonecznym. I w nocy jest dzień. A tu, na pustynie widać to jeszcze lepiej.


Od dłuższego czasu zastanawiam się nad muchami. Latają sobie takie stworzenia i atakują rowerzystów. Ja je nawet rozumiem, ale nie pojmuję jak to jest możliwe, że czy jadę 5 km/h czy 45 km/h, te gadziny zawsze mnie atakują. Próbowałem już różnych sztuczek, żadna nie pomogła. Ale to jeszcze nie wszystko. Cały czas mam wrażenie, że atakuje mnie wciąż ta sama mucha. Nie, że tu inna, tam inna. Mam wrażenie, że ta jedna, może dwie, się gdzieś przyczajają i wyłażą zaatakować mnie w każdym miejscu i każdym czasie. Czy ktoś ma jakieś pomysły, jak się z tym czymś uporać? To, że sobie siedzi na czapce, to pikuś, ale że włazi mi do oka, to jest irytujące. Albo, że chce mnie pocałować. Brrr.

Zbliżając się w kierunku gór i przesuwając się znów na pustynie, zauważyłem różnice w ubiorach pań. W okolicach Sahary Zachodniej i bliżej południa Maroka, panie ubierają się bardziej kolorowo. Zakrywają ciała kolorowymi chustami. A tu gdzie teraz jestem, większość chodzi okrytych na czarno. Jest jednak rzecz w ich ubiorze wspólna. Są to różnego rodzaju koce, którymi panie się obwiązują i noszą w nich dzieci. Czasami można spotkać panią, która wg naszych standardów, wyszła dopiero z łóżka i jest nadal w pidżamie. Widziałem już panią tygryska, panią krówkę i panią Myszkę Miki.



Dziś mam dzień odpoczynku i przemyśleń. Może pójdę i wdrapię się na którąś z wydm i popodziwiam zachód Słońca. Może - Insz Allah.

Z dotychczasowych moich przemyśleń wiem już w dużej części czego nie chcę. Wiem także, ale to w niewielkiej, ale dość ważnej części mojego życia, co chcę od niego. Wiem też już w jakim mniej więcej kierunku powinienem iść. Ale czy to jest ta droga? Szukać nie szukając. Tak, to jest kierunek: szukać nie szukając.

I tego właśnie Drodzy Czytacze, Podglądacze, Oglądacze, Przyjaciele, Wszyscy moi Znajomi, Wam życzę na ten Nowy 2018 Rok. Szukać nie szukając.


Jutro ruszam w dalszą podróż po tym pięknym i gościnnym kraju ale przede wszystkim w podróż w głąb siebie. Bo celem jest tym razem nie sama droga a czas.

Zapomniałem w ferworze napisać, że wczoraj pękło 1600 km po marokańskiej ziemi.