Zakończenie nr 1

Witam Cię Drogi Czytelniku mych wypocin,

Winien Ci jestem jeszcze kilka słów zakończenia mojej (naszej) wyprawy do Maroka.



Po przejechaniu najdłuzszego odcinka marokańskich przestrzeni, dojechałem, ja rowerem Agata autobusem i rowerem do pieknego miejsca, skrytego w gaju palmowym, skąd następnego dnia ruszyliśmy, jak się wydawało, na podbój pustyni, do turystycznej Mekki marokańskich piasków, do Merzugi.
Przejechaliśmy w skwarze i pod wiatr jakieś 50 km. Tylo przez nasza głupotę lub dzięki niej, przejechaliśmy tylko, albo aż tyle kilometrów. Wiatr był tak wielki, że kilka razy o mało co, nie skończyłem pod kołami autobusów i raz wielkiego tira. Słońce schowało się za piaskowymi chmurami, wzbijanymi przez pieprzony wiatr, który rowerzyście zawsze w morde wieje. Wjechaliśmy na pustynie, nie na kamienistą hamadę, a na najprawdziwszą saharyjską piaskownicę. Przypomniał misie dowcip opowiadany kiedyś przez Karola Strasburgera w Familiadzie o tym jak dwa koty szły przez pustyniue i jeden mówi do drugiego: bracie, nie ogarniam tej kuwety. My też jej nie ogarnęliśmy. Dojechaliśmy wyj....ni do miasteczka  Ar-Raszidijja, w którym wynajęliśmy "apartament" na 4 piętrze budynku, w którym, co dziwne w tamtym miejscu, była knajpa marokańsko - japońska. ie było w niej co prawda shushi, ale wystrój jak najbardziej, przypominał japońskie mangi. Okazało się, że właściciel owej knajpy, przez kilka lat mieszkał w Japonii. Nie próbowaliśmy potraw tam serwowanych. Woleliśmy pójść w miasto. Może źle zrobiliśmy, bo to pójście w miasto, odbiło się na mnie fatalnie. Ja od 2 lat nie jem gównianego jedzenia, nie jem żarcia smażonego na głębokim tłuszczu, nie jem mięsa i takie tam ... A na kolację, zjadłem omlet,który topił się w jakiejś mazi przypominającej zużyty smar z mojej piasty. Ale byłem tak zmęczony i wkurwiony, że było mi w tym momencie wszystko jedno co jem. No i się doigrałem. Wieczorem napieprzały mnie kich niemiłosiernie. Może przez to, daliśmy sie namówić Hassanowi, na wycieczkę na zachód Słońca na Erg Chabbi. Na szczęście nie zapłaciliśmy my całej kasy, tylko 1/3. W "apartmencie", po "negocjacjach", za lodówką, znaleźliśmy najpawdziwszego camela z ... Lanzarotte. No tego k... jeszcze nie było, żeby dać się w ch... zrobić camelowi z Lanzarotte (Lanzarotte to jedna z wysp Kanaryjskich; byłem i widziałem tam camele). Rano, poszliśmy po rozum do głowy i zrezygnowaliśmy z zachodu Słońca, wielbłądów i całego tego gównianego, turystycznego szitu. Nie wspominając o tym, że cały czas wiatr wiał jak wściekły i tak, zachodu Słoneczka by romantycznego nie było.



Hassan, jak się dowiedział, że zrezygnowaliśmy, mało co nas na początku nie zabił ... wzrokiem. Gdyby miał moc Bazyliszka, to wyparowalibyśmy jak kometa Shoemaker-Levy 9 wpadającą w atmosferę Jowisza kilka lat temu, Ale za chwilę, chciał nam sprzedać juz nie jazdę a camelach, a dżipami. Ale i z tej "fantastycznej" atrakcji nie chcieliśmy skorzystać. Stanęło na naszym - nie jedziemy na camelach, ani dżipach, mamy w d... zachód Słońca, ja czuję się po omlecie fatalnie. Jakoś się udało wyłgać. Resztki naszej czujności poprzedniego dnia, kazały nie płacic całej kwoty za "camela z Lanzarotte" i zachód Słońca na pustyni. Choć w chwili przebłysku naszego, a w zasadzie ojego intelektu, chciałem dymać rowerem następne 100km po rozgrzanym pustkowiu, potem dosiąść camela i pruć na jego grzbiecie przez 2 godziny do "obozu" na pustynie, by zobaczyć zachodząca Naszą Gwiazdę Dzienną za ... tumany piasku. Na szczęście otrzeżwieliśmy w porę i nie daliśmy się zrobić w rzeczonego wielbłąda z Lazarotte, czyli po naszemu w ch...a.
Wieczorem złapaliśmy autobus do Tangeru, gdzie czekała na nas paczka z zakupami z Taurirtu. Po 13 godzinach dojechaliśmy do Tangeru.
Tam spedziliśmy 2 noce w oczekiwaniu na prom na Stary Kontynent. Ale o tym może jeszcze coś napiszę :)





Napisane przez : Grzegorz Baltazar Kajdrowicz