my tu lubimy


Witam Czetelniku,

No coż, Bayern przegrał z Realema Borussia z Monaco. A takie fajne mecze się szykowały. Nam udało się poogladać pierwszy, czyli Borussia z Monaco. O wyniku Realu z Bayernem dowiedzieliśmy się następnego dnia. No ale przecież to królewscy grali a nie byle kto, a w Bayernie nie było naszego Lewego... Lecimy dalej drogą na południe, w kierunku na Saharę. Droga do lekkich nie należy. Na samym początku, po kawie oczywiście, wspina się po scianie zbocza na 1600 m npm. Droga wspaniała widokowo. Nawierzchnia kładziona dopiero com a w części robiona w tej chwili. Za kilka lat, może 2, może 5, będzie to super ekskluzywny kurort w górach. Napotkany Tambylec, serdecznie nas zapraszał ponownie do Maroka mówiąc, że "my tu lubimy obcokrajowców i u nas nie ma terroryzmu". I to się czuje na każdym kroku.




Jeszcze nie spotkałem się, a do Maroka jeżdżę już po raz 4, z przejawami niechęci wobec mnie. Zawsze widzę uśmiechy, słyszę pozdrowieniam, a bardzo często także zaproszenia na herbatę czy posiłek. Nie ma tu mowy o jakiejkolwiek nienawiści czy nawet niechęci. Życzyłbym sobie, aby takie nastawienie panowało w naszej kulturze, która kiedyś słynęła z gościnności i tolerancji. A teraz? A teraz lepiej nie mówić. Lecimy dalej, lecimy, bo wiatr zaczął wiać przez chwile w plecy i udaje się zrobić kilkadziesiąt kilometrów. Odpoczynek pod drzewem. Drzewo to taki mój znak rozpoznawczy wśród grona moich nowych, przemyskich znajomych - biegaczy. Do drzewa, czyli trasa na Wapielnicę za Kopcem Tatarskim.

Trasa przez pustkowia, z niewielką ilością samochodów mija szybko i lekko. Zrobione coś pod setkę kilometrów. Nocleg nad wyschniętym korytem queda, pośród gwiazd. To jest takie życie, które ja lubię najbardziej, Być ciągle w drodze, ciągle się gdzieś przemieszczać i ciągle poznawać nowe miejsca, a jednocześnie mieć to jedno miejsce na ziemi, do którego zawsze mogę wrócić, mieć swój dom. Jak zwykle pobudka ok. 6 i wyjazd po ok. 2 godz. Wiele razy próbowałem przyśpieszyć ten proces, ale im bardziej się starałem, tym bardziej ten czas stał w miejscu, jakby ktoś go trzymałza kołnierz i mówił: ty, stary, nie kombinuj i tak mnie nie przyśpieszysz, w tych realiach czasoprzestrzennych, nie mana to szans. 2 godziny to 120 min i tyle. Koniec i kropka. Więc ja się grzecznie od jakiegoś czasu dostosowuję, Jak chce wyjechać o 7 to muszę wstać o 5, jak o 8 to o 6 i tak dalej. Oczywiście istnieje paradoks bliźniąt, ale on nie dotyczy mnie. Bo po I nie mam bliźniaka, a po wtóre nie poruszam się z prędkością bliską prędkości światła. Dojechaliśmy do drogi łączącej północ z pustynią. Pierwszy raz nią jechałem w 2008 roku, ale skręciliśmy w prawo na miejscowość Midelt. A teraz postanowiliśmy pojechać na pustynię. Postanowiłem mojej towarzysce podróży pokazać piękno pustyni. Choś w Maroko w większości to pustynia kamienna - hamada, to jest niewielka część pustynna, pustynia piaszczysta. Ale zanim mieliśmy tam dotrzeć, czekały na nas piękne widoki oaz i gajów palmowych, wąwozy, 2 przełęcze w tym jedna prawie 2km npm. Ja uwieliam jazdę w górach, moim najlepszym czasem na jazdę, jest późne popołudnie lub wieczór. Tak też wjeżdżałem na przełęcz Tizi-n-Tairhemt (1907 m npm). Wcześniej, w 2008 roku, skręciliśmy przed tą przełęczą na Midelt, teraz pojechaliśmy prosto. Po drodzę, w oddali majaczył czapą śnieżną szczyt Atlasu - Ali-ou-Rbeddou o wysokości 2793 m npm. Było w tym coś niesamowitego. Temperatura ponad 30 st, a w oddali biała czapa na jednym ze szczytów. To sa wspaniałe chwile podczas wyjazdów. Ciało się męczy, ale dusza odpoczywa. Na przełęcz wdrapałem się w niecałe 2 godziny. Sam się sobie dziwiłem, że tak szybko mi się to udało. Po drodze znalazłem banknot 20 dirhamów. Nocleg w remontowanej kawiarni i gościna u robotników, którzy ją naprawiali. Tagin i coś co było słodkie ale i pyszne zarazem. Coś, co jak mówił gospodarz - Muhamed, każda rodzina ma swój niepowtarzalny przepis. Mi to smakowało wyśmienicie, choć słodkiego nie jem juz od dawna, temu nie mogłem się oprzeć. Muhamed, "rasowy muzełmanin" z długą, nieprzystrzyżoną brodą, bo jak mówił, Allach nie pozwala na strzyżenie, i modlący się co kilka godzin, zgodnie z nakazami jego wiary. Jakoś nie mogę sobie go wyobrazić, aby biegał po Polsce i podkładał bomby, albo wysadzał szpitale. Myślę, że od takich jak on, możemy uczyć się i tolerancji, miłości i zaufania do Boga, do swojemgo Boga, o ile ktoś w Niego wierzy. Lubię podróżować po krajach muzełmańskich, bo te podróże i kontakt z miejscowymi, uczy mnie otwartości na inną kulturę, inne wartości, które tak naprawdę, wszędzie są takie same. To nie zwykli, szarzy ludzie chcą wojen i podziałów, to politycy skłócają społeczestwa, kraje, narody, religie. Podczas moich podróży, podczas rozmów z ludzmi, doświadczam za każdym razem tego samego, tej samej chęci do życia w zgodzie z sąsiadem, do życia pełnego zadowolenia, do możliwości wychowania swoich dzieci w spokoju i pokoju do ..., ale nigdy nie spotkałem się z przejawami jakiejkolwiek nienawiści czy nietolerancji. A tego nam jest teraz bardzo potrzeba w naszym kraju. Przełęcz zdobyta, następna do wpisania w rejestr. Ile ich już mam na koncie, tego nie wiem. Może kiedyś je policzę, bo prawdę mówiąc, chciałbym wreszcie dostąpić zaszczytu, jako 3 Polak, być w francuskim klubie 100 przełęczy. Są w nim Przemek Pawłucki i Krzysiek Chojko, a ja jakoś nie mogę się zmusić, do zrobienia wykazu pokonanych / zdobytych przełęczy. Jak tu mawiają Insz Allach :)  Rano wyjechaliśmy nieco prędziej, niż po 2 godzinach od pobudki. Zakrzywiliśmy czasoprzestrzeń. Wyjechaliśmy, 5 min przed upływem magicznych 120 minut. Hura, udało się. Ale to nie ostatni rekord. Tego dnia zrobiłem 150 km w tym wjechałem na przełęcz (chyba przełęcz) nad jeziorem Barrage Hassan Addakhil, by dotrzeć do miejsca noclegowego ukrytego w pięknym wąwozie palmowym. Po przejechaniu tych kilometrów, byłem tak wykończony, że zjadłem pół tabliczki czekolady, dwa małe chlebki i wielka marokańska sałatke. Więcej kilometrów udało mi się pokonać tylko w Syrii w 2009 roku. Wtedy przejechałem jednego dnia 200 km. I uważam, że to za dużo. Nie ma po co i dokąd się spieszyć. Trzeba chłonąć widoki, chłonąć otoczenie, a nie gonić i gonić. W końcu to Afryka, a jedno z przysłów etiopskich brzmi: "Bóg dał Europejczykom zegarek, a Afrykańczykom czas".





Napisane przez : Grzegorz Baltazar Kajdrowicz