ABC ROWEROWYCH WYPRAW


 

Wiatr we włosach, zapach, walka z przeciwnościami, łzy wzruszenia, pot, duma z pokonania własnych słabości, piękno i potęga natury, cudowne wspomnienia, łzy wściekłości, smak przygody, poczucie własnej wartości ... - to tylko niektóre z doznań, jakich może dostarczyć rower, ta najwspanialsza maszyna jaką wymyślił człowiek. Mogą one stać się i Twoim udziałem, gdy tylko zdobędziesz się na ten pierwszy krok, na to by się trochę zmęczyć, przełamiesz strach, niepewność, niezdecydowanie, lenistwo i ruszysz na rowerowy szlak. Aby drogi czytelniku ci to ułatwić, przeleję na papier trochę własnych doświadczeń i obserwacji, żywiąc jednocześnie nadzieję, że i osoby, które mają już za sobą mniejsze czy większe podróże na dwóch kółkach, również znajdą tu coś dla siebie.

DOKĄD NA WAKACJE?

Gdy już wpadnie nam do głowy myśl, by wyruszyć na rowerowy szlak, pierwszym pytaniem, na które powinniśmy sobie odpowiedzieć jest - dokąd chcemy pojechać i dlaczego właśnie tam? Jest to sprawa niezwykle ważna. Dogłębne i sumienne przemyślenie tej kwestii zminimalizuje niebezpieczeństwo przykrych rozczarowań. Czy dobrze czuję się wśród ludzi, a kemping jest mi niezbędny do prawidłowego funkcjonowania; czy też wyprawa ma być wycieczką w rejony słabo zaludnione, a biwakowanie na dziko i spartański styl życia są tym, czego mi trzeba? Czy pociąga mnie cywilizacja, lubię zwiedzać muzea, oglądać zabytki, dzieła ludzkich rąk, pozostałości dawnych wieków; a może kocham przyrodę i to właśnie z nią szukam kontaktu? Czy uwielbiam upały, lubię gdy grzeje słonko, jest sucho i przyjemnie; a może najlepiej funkcjonuję w temp. +15 stopni C i lubię gdy czasem trochę popada? Czy raczej nie mam ochoty zbytnio się wysilać i jazda po płaskim sprawia mi radość; czy wręcz przeciwnie - jazda pod górę jest tym, co "tygrysy lubią najbardziej", kocham dać sobie w kość, zdobywając górskie przełęcze codziennie poddawać się ciężkiej próbie? Czy poczucie bezpieczeństwa jest dla mnie najważniejsze; a może kieruję się zasadą "jest ryzyko - jest zabawa"? Właśnie odpowiedzi na takie pytania, a nie opinia innych, czy popularne slogany biur podróży, powinny zadecydować o tym, czy wybierzemy się na podbój Alp, udamy się łatwym i przyjemnym szlakiem zamków nad Loarą, pojedziemy na Wyspy Kanaryjskie, rzucimy wyzwanie Islandii, odwiedzimy Grecję, Hiszpanię czy też Wyspy Brytyjskie lub Skandynawię. A może zdecydujemy się opuścić Europę i odwiedzić bardziej egzotyczne miejsca? Generalnie jednak radziłbym raczej ograniczyć zwiedzanie muzeów czy innych atrakcji zmuszających nas do pozostawienia roweru. W większości tego rodzaju miejsc po prostu nie przewidziano, że ktoś może podróżować na rowerze i nie stworzono możliwości bezpiecznego przechowania roweru. A szkoda. Polecam natomiast nastawić się na kontakt z przyrodą, wykorzystując to, że rower pozwala dotrzeć do wielu miejsc niedostępnych samochodem, a zbyt rozległych na pieszą wędrówkę. Oczywiście to, dokąd udamy się na wakacje zależy w dużej mierze od ilości gotówki jaką dysponujemy. Pewnych wydatków nie da się uniknąć (np. kosztów przejazdów, gdy dysponujemy ograniczonym czasem lub udajemy się w rejon, gdzie nie można dojechać na rowerze), generalnie jednak - wbrew opinii, że aby podróżować trzeba mieć dużą "kasę" - wyprawy na dwóch kółkach nie są kosztowne, a nawet śmiem twierdzić, że, uwzględniając dystans jaki można pokonać, jest to najtańsza forma poznawania świata (nie płaci się za benzynę czy przejazdy autobusowe, bez problemu można zabrać ze sobą zapas jedzenia na dłużej niż miesiąc, łatwiej niż z samochodu jest wypatrzyć miejsce na biwak i dobrze się "zakamuflować" itp.). Myślę, że sam jestem na to najlepszym dowodem, skoro udało mi się w 1998 r. przejechać w ciągu 35 dni przez najwyższe drogowe przełęcze Europy, rozpoczynając wyprawę w Zurychu, a kończąc w górach Sierra Nevada na południu Hiszpanii, mając z chwilą wyjazdu do dyspozycji "aż" 30 dolarów (po opłaceniu niezbędnych przejazdów).

A skoro jesteśmy przy finansach, to pokuszę się jeszcze o jedną uwagę. Wielokrotnie zadawano mi pytanie - jak znaleźć sponsorów? Zawsze odpowiadałem tak samo - nie wiem, mnie się ta sztuka jeszcze nie udała, choć próbowałem już nie raz. Dużo łatwiej jest otrzymać pomoc od firm w postaci towaru np. ubiór, akcesoria rowerowe, materiały fotograficzne itp., co w sumie też bardzo się przydaje, pozwalając trochę oszczędzić na wydatkach. Bez silnego poparcia (czyt. odpowiednich znajomości) zdobycie środków finansowych jest bardzo trudne. Jedyne co mogę zalecić, to wytrwałość i upór. Gdy wyrzucą cię jednymi drzwiami - zapukaj i wejdź drugimi.

SAMEMU CZY W GRUPIE?

Jest to drugie ważne zagadnienie, które w dużej mierze może wpłynąć na sukces jak i klęskę naszego przedsięwzięcia. Zarówno samotny jak i grupowy wyjazd mają wady i zalety.

Na pewno wyprawa w pojedynkę przebiega sprawniej i bez konfliktów. Masz słabszy dzień to jedziesz wolniej, częściej odpoczywając, chcesz zrobić sobie dzień przerwy - żaden problem, masz ochotę "przycisnąć", czy też na jazdę w nocy - proszę bardzo, nie musisz się na nikogo oglądać, sam sobie jesteś panem. Wielu podróżników zdaje sobie sprawę z tych zalet i wybiera samotne wyjazdy, pomimo pewnych minusów, z których największym jest mniejsze bezpieczeństwo. Zwłaszcza dotyczy to zagrożeń ze strony innych ludzi.

Największe problemy jazdy w grupie wynikają z różnorodności ludzkich charakterów. Im większa liczba uczestników, tym więcej ognisk zapalnych. Planując wyjazd w dwie lub więcej osób (szczególnie gdy jest to pierwszy wyjazd w takim składzie) zalecam przeprowadzenie ze sobą przed wyjazdem szczerej rozmowy. Oto ważniejsze kwestie, które dobrze jest sobie wyjaśnić już na starcie:

Czego każdy z uczestników oczekuje od wyprawy (np. jeden chce zrobić dużo zdjęć, co niestety wymaga czasu, a drugi jest typowym "połykaczem kilometrów" i denerwują go częste przystanki, które uważa za stratę czasu itp.).
Tutaj pokuszę się o jedną radę - nie róbmy z wyprawy wyścigu!!! Niby oczywiste, ale czy na pewno? Pierwsze moje wyprawy polegały głównie na zaliczaniu kilometrów. Często przejeżdżałem znaczne dystanse przez wspaniałe krajobrazowo tereny, wpatrując się cały czas w licznik i umykający pod kołami asfalt. W końcu jednak przyszła refleksja - " człowieku, zastanów się co robisz, korzystaj w pełni z tych cudownych chwil, które masz dzięki rowerowi. Rozglądnij się dookoła, dobrze wykorzystaj czas i pieniądze, które zainwestowałeś w wyjazd".

Styl jazdy

Dogadać się co do stylu jazdy. Istnieją tutaj dwie możliwości - albo najlepiej dysponowany danego dnia członek grupy jedzie na końcu "peletonu', a słabszy (słabsi) z przodu, albo każdy jedzie swoim tempem, co moim zdaniem jest trudniejszym w realizacji ale lepszym rozwiązaniem niż sytuacja, gdy dużo mocniejszy zawodnik musi wlec się za innymi. Na dłuższą metę jest to dla niego i wyczerpujące i denerwujące. Stosując ten drugi wariant bezwzględnie należy:

rano przed wyruszeniem powiadomić każdego członka grupy o trasie dziennego etapu i o ile to możliwe o planowanym miejscu noclegu,

jadący z przodu musi zatrzymywać się na każdej słabiej oznaczonej krzyżówce, na której istnieje niebezpieczeństwo zabłądzenia,

pod żadnym pozorem, nikomu z grupy nie wolno zejść z drogi!!! Jeśli ktoś musi udać się np. za potrzebą, to rower bezwzględnie musi zostać przy drodze, w dobrze widocznym miejscu. Dotyczy to zarówno jadącego z przodu jak i zamykającego grupę.

Wybrać przywódcę, kierownika grupy, który w kwestiach spornych ma decydujący głos.

Bądźmy ludźmi kulturalnymi, panujmy nad własnymi emocjami i nawet gdy jest to trudne nie uzewnętrzniajmy podczas "złych" dni swojego nastroju. Pamiętajmy, że jesteśmy zdani na siebie przez 24 godziny na dobę, a tylko praca zespołowa zapewni nam sukces. Złe chwile szybko pójdą w zapomnienie, a wspaniałe wspomnienia i duma z dokonań pozostanie na długo.

Na koniec tego rozdziału znów wyrażę swój prywatny pogląd, z którym wielu może się nie zgodzić. Otóż uważam, że aby wycieczka udała się w 100% pod każdym względem, i aby wszyscy po powrocie byli zadowoleni, grupa nie może liczyć więcej niż 3 osoby (ewentualnie dwie dobrze znające się pary). Jeśli jest was dwóch (dwoje, dwie), to - moim zdaniem - nie ma sensu na siłę szukać następnych chętnych do wyjazdu.

ROWER

Przy zakupie roweru przede wszystkim należy zwrócić uwagę, by wielkość roweru była odpowiednio dobrana. Rozmiar ramy musi być dopasowany do wzrostu użytkownika, a pomóc Wam w tym powinien sprzedawca. Domagajcie się tego!!!

Klasa roweru w dużej mierze uzależniona jest od ilości gotówki, jaką jesteśmy skłonni zainwestować (wykluczam podróżowanie rowerami klasy "komunijnej"). Wiadomo, im rower będzie droższy, tym - przynajmniej teoretycznie - będzie lepszy. Podstawowa, a w zasadzie to jedyna kwestia, którą musimy rozstrzygnąć to: czy kupić rower górski, czy trekkingowy? Zarówno jeden jak i drugi nadają się do turystyki. Do obydwu można zamontować taki sam osprzęt, na koła założyć opony o takiej samej szerokości (do górala można już kupić opony 26x1.0, do trekkingu zaś są już dostępne 28x1.75, a nawet 28x1.9), dobierając odpowiedni wspornik kierownicy i regulując siodełkiem uzyskać podczas jazdy sportową lub rekreacyjną pozycję. Rower górski jest bardziej uniwersalny. Można na niego zapakować cięższy bagaż, jest bardziej stabilny, łatwiej się na nim podjeżdża, a po wyprawie wystarczy odkręcić bagażniki i parę innych "gadżetów" i już można szaleć po bezdrożach. Przewaga roweru trekkingowego uwidacznia się natomiast przy dłuższej jeździe po równym terenie lub z góry, a to z uwagi na większe koła, dzięki którym można w ciągu dnia pokonać większy dystans.

Mając taką możliwość, dobrze jest kupić rower, który w widelcu posiada wywiercone specjalne otwory (najczęściej spotykane u Gianta), które bardzo upraszczają montaż bagażnika typu low rider (nie trzeba kombinować z obejmami).

Bez względu na to, jakim rowerem dysponujemy, warto zwrócić uwagę na kilka istotnych jego elementów, które bardzo ułatwiają życie podczas wyprawy i pozwalają pokonać w krótszym czasie większy dystans:

Bardzo dobre hamulce - konieczność
W tej dziedzinie wybór jest duży (cantilevery, V-breaki, hydrauliczne, tarczowe). Najważniejsze by były sprawne i dobrze wyregulowane. Ja używam tradycyjnych cantileverów (komplet z klamkami Shimano XTR'94) i jestem z nich bardzo zadowolony. Bez problemu zatrzymuję rozpędzony rower, który często waży ze mną ponad 150 kg.

Kierownica
Konieczniewww.humpert.com musi posiadać kilka punktów podparcia dla rąk (w ostateczności mogą być rogi). Od kilku lat korzystam z rewelacyjnego produktu firmy SCOTT model AT 4 PRO kierownica Scott AT 4 pro (niestety już nie do dostania). Od kilku lat, Baltazar używa składanej kierownicy firmy Humpert.

 

Siodełko
Wygodne (co nie znaczy, że miękkie), sprawdzone w "bojach", wykonane ze skóry siodełko to konieczność! Podczas wypraw jest to najważniejszy element roweru, który styka się z najwrażliwszą częścią naszego ciała. Warto zainwestować w klasowy wyrób (np. Brooks , Selle Italia), oszczędzanie w tym miejscu nie popłaca. Nieodpowiednie siodełko może w skrajnych przypadkach, podczas długiej wyprawy uniemożliwić dalszą jazdę. W ogóle to dobrze jest jeździć z siodełkiem pochylonym lekko do przodu przez co ciężar ciała przeniesiemy bardziej na ręce.

Pedały

pedały SPD/platformy

Przy rozsądnej wadze bagażu na pewno najlepsze i najefektywniejsze będą SPD, jednak w przypadku gdy bagaż jest ciężki skłaniałbym się do tradycyjnych nosków (słyszałem o przypadku wyrwania zatrzasku z buta). Optymalnym rozwiązaniem na pewno są pedały dwustronne (np. Shimano 323): z jednej strony system SPD, z drugiej noski. Trzeba pamiętać, że buty do jazdy powinny mieć twardą i sztywną podeszwę.

Wytrzymałe bagażniki - bardzo ważna rzecz!
W Polsce dobrych bagażników nie uświadczy! Jest to dziedzina kompletnie zaniedbana przez producentów i dystrybutorów akcesoriów, co wynika prawdopodobnie z nikłego popytu. Do 1997 roku stosowałem następującą taktykę - kupowałem solidnie wyglądający, aluminiowy bagażnik, wzmacniając go później w kilku miejscach aluminiowymi prętami o przekroju 8 mm (jedyna trudność to znalezienie bagażnik Tubus LowRidermiejsca, gdzie spawają aluminium). Taki "twór" wytrzymywał jedną wyprawę (często już pod koniec musiałem wzmacniać pęknięcia drutem), a po powrocie i odkręceniu bagażnika, zawsze okazywało się, że jest już tak zniszczony, że nie nadaje się do dalszego użytku. Na pewno wpływ na to miał ciężar bagażu (50 kg to było minimum). Przygotowując się do wyprawy na Islandię (z uwagi na jakość tamtejszych dróg głupotą byłoby jechać ze zwykłymi bagażnikami) zmuszony zostałem do sprowadzenia z Niemiec (sklep Globetrotter) znakomitych bagażników firmy TUBUS wykonanych z rurek CR-MO o przekroju 10 mm (tył "CARGO" Bagażnik Tubus tylniprzód typu low rider "TARA" ). Rewelacja !!! Od tej pory skończyły się moje kłopoty z bagażnikami. Kosztują sporo, ale jest to inwestycja na lata. Mając je można bez obaw przewozić bagaż, którego waga grubo przekracza 50 kg. Do przodu zdecydowanie najlepszy jest bagażnik typu LOW RIDER. Nisko zawieszony bagaż powoduje, że rower jest stabilny i doskonale się prowadzi zarówno przy małych jak i dużych prędkościach. Na szczęście bagażniki tej firmy są już dostępne w Polsce w firmie Bikeman.

Dobre opony
Wybór jest duży. Ja wierny jestem oponom SCHWALBE (najnowszy model do zaawansowanej turystyki to MARATHON XR). Myślę, że najlepszą rekomendacją jest fakt, że większość spotkanych przeze mnie w czasie wypraw turystów z krajów zachodnich jeździło właśnie na oponach tej firmy. Opony należy dobrać uwzględniając rodzaj nawierzchni dróg, po jakich będzie się jeździć (np. na asfalt najlepsze będą sliki, na Islandię co najmniej semi-sliki, a i opony terenowe nie będą przesadą) oraz ciężar bagażu (przy lekkim rowerze opony mogą być wąskie np. 26x1.50, gdy zaś rower "trochę" waży, by chronić obręcze koniecznie trzeba założyć szersze "gumy").Opona firmy Schwalbe typ Marathon XR

Podnóżek
Często ten element wyposażenia jest pomijany. Bardzo ułatwia on jednak życie, szczególnie przy robieniu zdjęć. Do "górala" proponuję zamontować stalowy podnóżek przeznaczony do roweru trekkingowego. Pozwala on utrzymać nawet bardzo duży ciężar bez groźby złamania się, gdyż jest długi, przez co rower nachyla się nieznacznie. Ważne, by był wytrzymały. W Polsce dostępne są bardzo wytrzymałe podnóżki firmy Hebie. Importerem jest firma Roma. Przy przednich sakwach oraz torbie na kierownicy, warto pomyśleć o podnóżku przymocowanym do przedniego bagażnika. Póki co, Tubus czegoś takiego nie robi, ale można pokombinować z nóżkami Hebie. Hebie robi także podnóżkiwłaśnie do przedniego bagażnika.

Oświetlenie i błotniki
Z decydowanie polecam stosowanie oświetlenia na baterie. Podczas wypraw używa się go rzadko, głównie podczas przejazdu przez tunele lub w sytuacjach awaryjnych, tak więc jeden komplet baterii powinien w zupełności wystarczyć. Bez uzasadnionej przyczyny nie ma sensu jeździć nocą, gdy nie można w pełni podziwiać otaczającego nas świata. Z błotnikami jest jak z bagażnikami - ciężko w naszym kraju o dobrą propozycję. Generalnie powinny być one lekkie, szerokie, długie (ja z dwóch par zrobiłem jedną, przedłużając odpowiednio tylni błotnik), stabilne, co można uzyskać montując po dwa pałąki z każdej strony, przy obu błotnikach, ponadto przód powinien być wyposażony w chlapacz (bez problemu można go wykonać we własnym zakresie). Jeżeli jedziemy tam, gdzie pada sporo wody z nieba, to proponuję zrobić chlapacz do samej ziemi i szeroki na końcu. Najbardziej mokną stopy nie od deszczu, a od wody rozchlapywanej przez przednie koło.

SAKWY
Od razu radzę wybić sobie z głowy jazdę z plecakiem. Naprawdę jest to "chory" pomysł. Nic tak nie zniechęca do poznawania świata na dwóch kółkach jak ciężar na plecach, a przez to i większe obciążenie zadka. Nie zawadzi natomiast wziąć ze sobą mały plecak; w przypadku kilkugodzinnego (lub nawet kilkudniowego) wypadu piechotą np. w celu odwiedzenia jakiejś oddalonej od drogi atrakcji może się on bardzo przydać. Do markowych sakw (np. Ortlieb) można dokupić specjalne szelki, które pozwalają przekształcić sakwę w plecak - dobry patent, sprawdzałem! Skoro więc trzeba kupić sakwy to jest problem - jakie? Testowałem już wyroby wielu firm i z czystym sumieniem mogę stwierdzić:

Osobom zasobnym w gotówkę, ceniącym najwyższą jakość, estetykę, funkcjonalność i niezawodność oraz tym, którzy mają już za sobą pierwsze wyprawy i wiedzą, że to jest właśnie ta forma wypoczynku, która im najbardziej odpowiada i chcą się jej poświęcić, polecam sakwy niemieckiej firmy Ortlieb. Absolutny top. Bardzo odporne mechanicznie, w 100 % nieprzemakalne, bajecznie proste w obsłudze, dopracowane w najmniejszych szczegółach - właśnie te cechy decydują, że podróżowanie z nimi to czysta, niekłamana przyjemność. Zakup kompletu tych sakw (do wyboru jest kilka rodzajów różniących się detalami) to "strzał w dziesiątkę", i nikt kto się na nie zdecyduje nie będzie żałował. Można je już kupić w Polsce, a to dzięki firmie Bikeman, która jest przedstawicielem Ortlieb-a na nasz kraj. Ogromna większość spotykanych przeze mnie za granicą rowerowych podróżników korzystała właśnie z wyrobów Ortlieb, co dobitnie świadczy o ich klasie.

Osobom, które nie mogą sobie od razu pozwolić na taki wydatek oraz tym, którzy nie zasmakowali jeszcze wypraw i nie są pewni czy ich to "rajcuje" proponuję zakup tańszych wyrobów krajowych np. Crosso. Są coraz lepsze, choć do doskonałości brakuje im jeszcze dopracowania systemu mocowania do bagażnika. Choć przy pakowności ok. 60 litrów na tył, cięzko znaleźć mocowanie, spełniające nasze kryteria, czyli łatwy montaz i demontaż oraz wytrzymałość. Crosso z roku na rok udoskonala swoje wyroby, korzystając z coraz lepszych materiałów. I jeszcze jedna dygresja - nie polecam przy długich wyjazdach zawieszania na kierownicy torby rowerowej. Po pierwsze - utrudnia ona manewrowanie rowerem; po drugie - na wybojach mniej lub bardziej się telepie (nawet te z systemem zatrzaskowym klick-fix); po trzecie - stawia bardzo duży opór przy jeździe pod wiatr. Jeżeli komuś bardzo jest taka torba potrzebna (np. na sprzęt fotograficzny), to lepiej jest już przykręcić z przodu drugi, wysoki bagażnik (podstawowym powinien być bagażnik typu low rider) i tam ją umieścić, mocując wzdłuż osi roweru. Zastosowałem taki wariant podczas wyprawy na Islandię i nawet przy huraganowym wietrze torba nie utrudniała jazdy, a aparat miałem zawsze pod ręką.

UBIÓR
Przy doborze ubioru podstawowe znaczenie ma miejsce, dokąd planujemy pojechać oraz pora roku. Jadąc w lecie na południe Europy i nie przewidując jazdy po wysokich górach wystarczy zabrać ze sobą kilka koszulek (m.in. kolarskich), bieliznę na zmianę (wiele firm produkuje już specjalną bieliznę antypotną), komplet z cienkiego polaru (polecam bluzę i spodnie - podczas podróży w chłodniejsze dni utrzymują optymalną temperaturę ciała, błyskawicznie schną po jeździe w deszczu czy wypraniu, a przy tym zajmują mało miejsca w sakwach) oraz lekką nieprzewiewną i nieprzemakalną kurtkę. Inna sprawa gdy wybieramy się na północ. Fajnie mieć wówczas coś na deszcz (podczas ostatniej wiosennej wyprawy po Norwegii korzystałem z ubiorów firmy Mount & Wave - kurtka i spodnie z materiału NO WET, które spisały się znakomicie podczas bardzo trudnych warunków pogodowych - częstych opadów deszczu, a nawet śniegu, zimna i dokuczliwych wiatrów), do tego dobrze jeszcze wyposażyć się w coś ciepłego np. z polaru WINDBLOC przez co utrzymywała ciepło nawet przy silnym, zimnym wietrze i temp. w okolicach 0 stopni C, posiadająca długie rękawy zakończone rzepami co przy jeździe na rowerze ma duże znaczenie, zaopatrzona w bardzo praktyczne kolarskie kieszenie i wysoki kołnierz i antypotną bieliznę. Posiadając taki zestaw ubiorów nie straszny będzie Ci ani deszcz, ani mróz, ani też silny wiatr. A jest to wielka sprawa, o czym mogłem się przekonać dobitnie właśnie w tym roku, gdy w maju natrafiłem w Norwegii na pełnię zimy. Jeżeli nie możesz od razu pozwolić sobie na zakup tych wszystkich rzeczy nie przejmuj się, i pod żadnym pozorem nie rezygnuj z podróży. Taka wyprawa ma również swój osobliwy urok. Najważniejsze byś chciał jechać. Ja zwiedziłem SPITSBERGEN i niemal całą Skandynawię poczynając od YSTAD i KOPENHAGI, a kończąc na północnych rubieżach starego kontynentu (NORDKAPP i KIRKENES), mając jedynie flanelową koszulę, kurtkę z polara Windstopper (uszyta we własnym zakresie) i ortalion, który przemakał po 15 minutach deszczu. Jaka jest rada na niepogodę? Na buty nakładamy foliowe reklamówki, a do deszczu i zimna po paru dniach można się przyzwyczaić. Ciężkie chwile pomaga przetrwać silna motywacja i pozytywne myślenie. W słoneczne dni jeździłem w zwykłych bawełnianych koszulkach choć temperatura często oscylowała w granicach +15 stopni C. Przeżyłem w dobrym zdrowiu, wspaniale hartując się na zimę. Od niedawna w Polsce jest dostępna GENIALNA odzież wełniana. Koszule wyglądają jak bawełniane, ale sa z czystej wełny z owiec rasy marynos. Nie jest to tania odzież, ale jest genialna. Oddycha, daje uczucie naturalnosci i przede wszystkim nie smierdzi, nawet jak bedziemy w niej jedździć kilka dni i nocy non stop. Najlepsze jalie do tej pory testował Baltazar, to odzież nowozelandzkiej firmy IceBreaker.

PRZYGOTOWANIE TEORETYCZNE I KONDYCYJNE

Niezwykle ważną sprawą przed każdym wyjazdem - do czego początkujący nie przywiązują zwykle dużej wagi - jest dobre "rozpoznanie" terenu, który planujemy odwiedzić. Uważam, że nie ma większego nieszczęścia niż być gdzieś daleko, gdzie można już nie powrócić i ominąć jakąś atrakcję tylko dlatego, że się o niej nie wiedziało. Po powrocie żal jest ogromny. Jak więc zabrać się do rzeczy? Oto kilka dostępnych w Polsce źródeł informacji, najbardziej przydatnych dla wyruszających na rowerową wyprawę:

Internet - z każdym dniem staje się on coraz bardziej popularny. Można tu znaleźć porady, wskazówki i opisy wycieczek autorstwa praktyków, ludzi, którzy jeżdżą i doświadczają wszystkiego na własnej skórze.

Relacje z wypraw w czasopismach o tematyce rowerowej. Zawierają one (często "między wierszami") cenne informacje i dobrze jest czytając je korzystać z mapy.

Przewodniki. Najlepiej korzystać z typowo rowerowych, których oferta w Polsce niestety jest jeszcze uboga. W przypadku przewodników uniwersalnych w dobrej sytuacji są osoby znające j.angielski, gdyż mogą skorzystać z oferty wydawnictwa Lonely Planet. Do wydawnictw tłumaczonych na język polski radziłbym podchodzić z rezerwą. Zwykle są to pozycje pisane przez ludzi, dla których podróżowanie rowerem jest czystą abstrakcją, a przecież świat widziany i odczuwany z perspektywy rowerowego siodełka jest całkowicie inny niż ten, oglądany zza okien samochodu czy pociągu. Często więc można przeczytać kompletne - z punktu widzenia rowerzysty - bzdury. Warto jednak "przetrawić" i tę lekturę, gdyż i stąd można czasem uzyskać przydatne informacje.

Magazyny geograficzne z doskonałym "National Geographic" na czele.

Wszechpotężna telewizja - szczególnie duże możliwości dla posiadających "kablówkę" lub antenę satelitarną (programy: Travel, "National Geographic", Discovery, Planet itd.). Przydatne wskazówki można również uzyskać oglądając foldery, widokówki i albumy fotograficzne. Często pod zdjęciami są informacje na temat miejsc gdzie zostały zrobione, co pomaga inaczej spojrzeć na otoczenie, gdy już znajdziemy się w tym określonym miejscu. Doskonałym źródłem informacji są lokalne biura informacji turystycznej, które obowiązkowo należy odwiedzać podczas wypraw. Zawsze mają tam kilka darmowych mapek i folderów dotyczących najbliższej okolicy, co na pewno się przyda. Trzeba je tylko w miarę szybko przeglądnąć (np. w czasie przerwy na posiłek) i w razie potrzeby korygować trasę wycieczki na bieżąco. Dobre przygotowanie kondycyjne przed wyprawą jest - nie tylko moim zdaniem - sprawą drugoplanową. Organizm ludzki jest doskonałym mechanizmem, który szybko przyzwyczaja się do zwiększonego wysiłku, tak więc nawet "surowa" lecz silnie umotywowana osoba jest w stanie odpowiednio dozując wysiłek przejechać bez problemu kilka tysięcy kilometrów. Oczywiście dobrze przygotowanym będzie - przynajmniej na początku - dużo łatwiej jechać. Głównym niebezpieczeństwem braku przygotowania kondycyjnego i braku częstego kontaktu z rowerem są kłopoty z kolanami oraz ból miejsca, w którym "plecy tracą swą szlachetną nazwę". Tego drugiego problemu nie da się całkowicie wyeliminować, po prostu trzeba wcześniej wysiedzieć swoje na siodełku. Sprawą ważniejszą jest odporność psychiczna oraz silna motywacja i upór w dążeniu do wyznaczonego sobie celu. Rzeczą niezwykle ważną, wręcz koniecznością jest pozytywne myślenie, które pomaga przezwyciężyć, zdarzające się chyba każdemu, chwile słabości.

INNE "DROBIAZGI"

Części zapasowe
Czytałem już kilkakrotnie (a nawet znam jeden przypadek z autopsji) jak to wyprawowicze wieźli ze sobą w częściach zapasowych pół roweru, używając do tego celu nawet przyczepki. Delikatnie mówiąc kłóci się to z ideą tego sportu. Co więc brać? Na pewno niezbędnych będzie kilka zapasowych szprych (zwłaszcza tylne). Jest możliwość kupna, niestety nie w Polsce, szprych uniwersalnych linkowych. Umożliwiają one szybka naprawę koła, bez konieczności zdejmowania i ściągania kasety. Baltazar takie szprychy nabył w Niemczech w sklepie Globetrotter.genialne szprychy na każde koło Z ogumienia w zapasie dobrze jest mieć dwie dętki, a także jedną oponę, najlepiej kevlarową. Wcześniej byłem zdania, że jedna dętka i komplet łatek wystarczą, ale życie zweryfikowało te poglądy. Jeżeli ma się w planie podczas wyprawy pozostawić na kilka dni bagaż i trochę poszaleć, wówczas można wziąć ze sobą na zmianę komplet opon kevlarowych (bez drutu), które łatwo złożyć i upchać w sakwach. Planując trasę liczącą kilka tysięcy kilometrów dobrze jest zabrać zapasowy łańcuch. Proponuję ponadto przed wyjazdem założyć nowy łańcuch i przejechać z nim 100 - 200 km żeby się "ułożył" oraz na wypadek urwania wziąć kilka zapasowych ogniw. Przydać się może również komplet klocków hamulcowych oraz linki - hamulcowa i do przerzutek. Ponadto nie zawadzi mieć kilka śrub (zwłaszcza do bagażnika), taśmę klejącą i kawałek drutu. Kilkakrotnie ratowało mnie to w trudnej sytuacji. Jeżeli ktoś jest urodzonym pesymistą, to niech wrzuci jeszcze do sakw ośkę do tylnej piasty i tylną przerzutkę. Będzie spokojniejszy.

Powyższy zestaw jest niezbędny gdy jedzie się w rejony dzikie, słabo zaludnione czy też zacofane technologicznie. Gdy podróż będzie przebiegać blisko cywilizacji śmiało można ograniczyć się do szprych, dętki i łatek. Nie wymieniłem tu rzeczy, które wydają mi się oczywiste tj. pompka, komplet kluczy i smar do łańcucha. Osobom mniej zaznajomionym z rowerem polecam, by przed wyprawą poświęcili pod okiem fachowca trochę czasu na naukę usuwania wszelkich awarii roweru. Może to czasem "uratować skórę". Dobre przygotowanie sprzętu (a w dzisiejszych czasach jest to możliwe) na pewno pozwoli uniknąć podczas wyprawy większości awarii, które głównie wynikają właśnie z zaniedbania tej kwestii. Jeżeli chodzi o klucze, to najlepiej jest posiadać w rowerze ustandaryzowane śrubki. Wtedy zabierzemy ze sobą mniejszą ilość kluczy.

Jedzenie
I znów bardzo wiele zależy od tego, dokąd jedziemy. Jeżeli będzie to podróż do krajów, gdzie żywność jest tania lub w podobnych cenach jak w Polsce, to wystarczy na bieżąco utrzymywać zapasy na 3 dni. Natomiast gdy planujemy odwiedzić rejony gdzie papu jest drogie (np. Skandynawia), a równocześnie nasze zasoby finansowe są skromne, to niestety trzeba zabrać ze sobą małą spiżarnię. Podstawowe produkty to: ryż (najlepiej szybko gotujący się), kasze, makaron, zupy i sosy w proszku, chińskie zupki, suszone owoce, soja w proszku oraz dostarczyciele energii - batony (w miarę odporne na wysoką temperaturę). Świetnym wynalazkiem, wręcz rewelacją ostatnich lat są rozpuszczalne w wodzie witaminy w postaci pastylek (np. plusssz). Zajmują one w bagażu niewiele miejsca, a dzięki nim bez konieczności wydawania dewiz na soki można urozmaicić sobie menu (przekonałem się już niejednokrotnie, że sama woda, nawet najlepsza, szybko przestaje smakować). Również coraz łatwiej dostępne są liofilizaty - lekkie, pełnowartościowe produkty żywnościowe oferowane w dużym asortymencie, do których wystarczy dodać wody, by uzyskać smaczny posiłek.

BIWAKOWANIE

PrysznicPrysznic pod drzewkiem.
Pierwszą reakcją zapewne będzie: Prysznic w lesie?! Temu gościowi chyba się coś pomyliło (w tym miejscu może paść bardziej dosadne słowo). Otóż nie. Kilka lat temu, podczas przeglądania "zachodnich" folderów ze sprzętem turystycznym moją uwagę przykuło zdjęcie, na którym przedstawiony był zadowolony z życia mężczyzna stojący z namydloną głową pod drzewem, z którego zwisał plastikowy worek. Z worka przez specjalny zawór, jak z prysznica lała się woda. Chwilę pomyślałem i doszedłem do wniosku, że to jest to, czego mi brakuje podczas wypraw. Trochę czasu zajęło mi znalezienie osoby, która przywiozła mi takie cudo z Francji. To było kilka (już kilkanaście) lat temu. Obecnie w Polsce można już zaopatrzyć się w coś takiego (made in Ortlieb - przedstawiciel Bikeman z Warszawy). Niezwykle praktyczna rzecz. Po całym dniu jazdy można rozbić obozowisko przy małym strumieniu z lodowatą wodą, a po niedługim czasie zażyć ciepłej kąpieli. Ortlieb produkuje 10-cio litrowe prysznice w dwóch kolorach - turkusowym i czarnym. Polecam czarny, gdyż w słońcu dużo szybciej nagrzewa się w nim woda. Warto również nieco pomajstrować przy końcówce prysznica. Dobrym pomysłem jest zamontowanie ok. metrowej długości rurki zakończonej prysznicową końcówką. Pozwala ona na precyzyjną kąpiel i bardzo oszczędne gospodarowanie wodą. Z takiego prysznica można również korzystać na kempingach. Zwykle jest tak, że gorąca woda w kabinach prysznicowych jest płatna, natomiast w umywalkach można z niej korzystać do woli ... w tym miejscu drogi czytelniku liczę na Twoją wyobraźnię. Znam jeszcze kilka zastosowań tego genialnego wynalazku, ale pozostawię je dla siebie, dając wszystkim możliwość wykazania własnej, twórczej inicjatywy.

Bukłaki na wodę
Kolejny genialny wyrób niemieckiej firmy Ortlieb. Produkowane są w różnych wielkościach, najbardziej praktyczne to cztero- i dziesięcio litrowe. Dostępne są - podobnie jak prysznice - w dwóch kolorach. Niezwykle wytrzymałe, pozwalają w łatwy sposób przewozić wodę. Często podczas wypraw zdarza się tak, że świetne miejsce na nocleg pozbawione jest pitnej wody, a strumień mijaliśmy chwilę wcześniej. W takich sytuacjach nieocenione usługi oddadzą nam właśnie bukłaki, pozwalając na wcześniejsze nabranie wody. Mają one też jeszcze jedną zaletę - kompatybilne z prysznicami zakrętki, dzięki czemu wystarczy dokupić do bukłaka specjalny zawór (dostępny "za grosze") i już mamy do dyspozycji prysznic.

Płachta biwakowa
Dla mnie to rewolucja w turystyce (nie tylko rowerowej). Uszyty z goretexu duży worek, do którego można włożyć karrimatę (lub materac) i wejść samemu ze śpiworem. Zapinamy zamek i już jesteśmy nieprzemakalni. Testowałem ten wyrób na Islandii, podczas wiosennej wyprawy do Norwegii, a także w zimie na balkonie podczas opadów śniegu. Zawsze ciepło (zależy od śpiwora), zawsze sucho, zawsze pewnie. Jadąc samemu na wyprawę nie trzeba już brać ze sobą namiotu (dotyczy wielu rejonów Europy, ale nie wszystkich!). Wystarczy lekki pakunek, zajmujący w sakwach niewiele miejsca by mieć zapewniony dach nad głową (odpada niestety gotowanie w środku). Jestem szczęśliwym posiadaczem produktu tajemniczej brytyjskiej firmy Phoenix, moi przyjaciele są zaś właścicielami płacht biwakowych firmy Globetrotter (oprócz normalnego worka istnieje wersja z małym stelażem nad głową). Poważną wadą jest niestety wysoka cena tych wyrobów (800 - 1000 zł), ale uważam, że jeśli ma się możliwość by ponieść taki wydatek, to warto to uczynićpłachta biwakowa. ta w rodzaju małego namiotu..

Folia wielofunkcyjna
Kupujemy folię (taka jakiej się używa do wyrobu podłóg w większości namiotach) o wymiarach mniej więcej 3 m x 2,40 m, składamy ją na pół tak, by uzyskać prostokąt o wymiarach ok. 1,50 m x 2,40 m (możemy kupić dwa kawałki 1,50 x 2,40 i zszyć trzy boki), zszywamy dwa krótkie boki i już mamy coś, co na pewno wielokrotnie odda nam podczas wypraw nieocenione usługi. Folią przykrywamy podczas biwaku rower, co po pierwsze doskonale chroni pojazd przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi, a po drugie stanowi doskonałe zabezpieczenie przed kradzieżą (rower nie jest widoczny, a każde dotknięcie folii powoduje głośny szelest, skutecznie zniechęcając potencjalnego "nabywcę"). W razie konieczności transportu samolotem, autobusem czy tez pociągiem można rower zawinąć w folię uzyskując zgrabny, akceptowany (sprawdzałem!) przez przewoźnika pakunek; gdy złapie nas na otwartym terenie nagła, krótka ulewa można przykryć rower i siebie, przeczekując nawałnicę (w taki sposób uratowałem skórę w Pirenejach); chcąc spędzić noc pod gołym niebem jest się na czym położyć, unikając zmoczenia śpiwora przez poranną rosę itp. Rowerowi podróżnicy - do pracy, na pewno się opłaci!!!

Jak spakować zwykle ogromną ilość (nie)zbędnych rzeczy?

Wspomnę tylko, że najlepsze do przodu są bagażniki typu low-rider. Zawieszone na nich sakwy bardzo poprawiają stabilność roweru, który prowadzi się dużo lepiej niż rower z wysoko zawieszonym bagażem, czy też z obciążonym jedynie tyłem (bez przednich sakw). Przy pakowaniu generalną zasadą jest by ciężkie przedmioty były umieszczane na rowerze jak najniżej, powinny się więc znajdować na dnie sakw. Przód nie może być nadmiernie obciążony.

Wybierając się do kraju, w którym obowiązuje ruch prawostronny, proponuję do lewej przedniej sakwy włożyć apteczkę, cały sprzęt fotograficzny (zatrzymując się, dużo częściej mamy możliwość oprzeć rower prawym bokiem, tym samym uzyskując łatwy dostęp do aparatu), mały ręcznik (zwykle zaraz po zatrzymaniu oblewa nas pot, co utrudnia robienie zdjęć), dokumenty i pieniądze. Będzie to wówczas nasza najcenniejsza sakwa, której lepiej nie spuszczać oka. Gdy już musimy odejść od roweru, choćby na chwilę, zawsze zabierajmy ze sobą paszport i pieniądze.

W przedniej prawej sakwie dobrze jest ulokować na dnie sprzęt do gotowania (kuchenka i naczynia), wyżej niezbędnik, suchy prowiant do konsumpcji w ciągu dnia oraz dwie porcje jedzenia - na kolację i śniadanie (codziennie rano ten zestaw uzupełniamy). Powinno się tu również znaleźć coś do bidonu (plusssz, isostar itp.), kosmetyczka i ręcznik (często nadarza się okazja do szybkiego mycia np. w toalecie z ciepłą wodą, warto więc mieć pod ręką przybory toaletowe) oraz dziennik wyprawy, w którym "dla potomnych" notujemy na bieżąco własne spostrzeżenia, a który jest bezcenną pamiątką z każdej wyprawy.

Pozostały majdan rozkładamy równomiernie w obu tylnych sakwach. Do RackPacka

RackPack

(z zestawu Ortlieba) lub innego nieprzemakalnego worka, który jest umieszczany z tyłu na sakwach, pakujemy śpiwór, materac, ubranie do spania oraz odzież przeciwdeszczową.

Namiot przez całą podróż powinien spoczywać, zabezpieczony przed wilgocią, bezpośrednio na tylnym bagażniku, wciśnięty pomiędzy dwie sakwy.

Do takiego sposobu zapakowania bagażu na rower dochodziłem przez długi czas (choć z pozoru może się wydawać, że to co do tej pory napisałem jest oczywiste) i wierzcie mi, że sprawdza się on znakomicie w każdym momencie podróży. W pełni można go docenić, gdy przyjdzie nam np. rozłożyć obóz podczas deszczu. Opieramy rower o drzewo, stawiamy namiot, do którego wrzucamy przednie sakwy i RackPack-a , następnie rower przykrywamy folią, wskakujemy do namiotu, zasuwamy zamek i już do rana nie musimy z niego wychodzić, bo wszystko co nam będzie potrzebne mamy pod ręką. Cała taka "akcja" zajmuje mi góra 4 minuty.

Co zabrać w podróż?

O tym, co powinniśmy zabrać ze sobą na wyprawę decyduje przede wszystkim rejon, do którego wybieramy się na wycieczkę. Co innego zabierzemy chcąc jechać do "ciepłych krajów", co innego, gdy chcemy zdobyć "surową północ" (ponownie odsyłam do lektury poprzednich części "ABC ..." - Sportowy Styl nr 4 i 5/2000). Poniżej podaję listę rzeczy, które zabrałem ze sobą na miesięczną wyprawę do Norwegii wiosną 2000 r. Droga żywność, temperatury spadające poniżej zera, śnieg, deszcz, a także upały i dokuczliwe słońce - takie były przedwyprawowe przewidywania i pod tym kątem był kompletowany ekwipunek. Poniższy spis stanowi wzorzec, który każdy może zmodyfikować, przystosowując do własnych potrzeb.

Rower:
Klucz o sterów, klucz do kasety, mały klucz francuski, 2 płaskie klucze rozmiar 8/10, imbusy (ampule), spinacz do łańcucha (Topeak Park Tool) i 4-8 zapasowych ogniw, kilka szprych, linka do hamulca, linka do przerzutki, małe kombinerki, scyzoryk (Victorinox) - nie warto oszczędzać na tym sprzęcie, dwie zapasowe dętki, łatki, oświetlenie, pompka, WD 40, dwie szmaty.wielofunkcyjne "kombinerki"

Biwak:
Namiot, śpiwór, płachta biwakowa  folia na rower, dwa bukłaki na wodę, prysznic.

Ubiór:
Spodenki kolarskie - 2 szt., koszulki kolarskie - 3 szt., długie skarpety - 3 szt., bielizna antypotna - 2 komplety, cienki komplet z Technopilu, rowerowa kurtka z polaru windbloc, komplet przeciwdeszczowy z No Wet, ochraniacze przeciwdeszczowe na buty, buty SPD, buty do chodzenia, cienkie rękawiczki, grube rękawice z goretexu, czapeczka na słońce, opaska polarowa na czoło, okulary rowerowe. Teraz wybór ubiorów jest olbrzymi. Baltazar od kilku lat używa genialnej odzieży wełnianej. Tak wełnianej. Ma te zaletę, że nie śmierdzi nawet po kilku dniach jazdy i spania w niej, grzeje w chłodne dni czy noce, chłodzi w gorące. Jedyną wadą jest cena. Jest kilka firm, które produkują taką odzież. Baltazar jeździł już chyba we wszystkich, dostępnych w Polsce i poleca iceBreaker. Wypadałoby dorzucić tu jeszcze kask.

Kuchnia:
Kuchenka na paliwa płynne, kuchenka gazowa (palnik i 2 butle 250), aluminiowa osłona od wiatru do kuchenek, niezbędnik, menażki, kubek stalowy 0,7 l, kubek z tworzywa, stalowy termos, duży nóż, dwie ściereczki, płyn do mycia naczyń i szczotka, zapalniczka.

Żywność:
Ryż - 2 kg, kasza - 2 kg, pure - 4 szt., sosy - 10 szt., sosy do spaghetti - 8 szt., granulat sojowy, suszone warzywa - 4 op., bulion - 2 duże op., kisiel - 12 szt., zupki chińskie - 50 szt., gorący kubek - 30 szt., isostar, plusssz - 2 szt., batony - 20 szt., pasztety - 10 szt., konserwy drobiowe - 10 szt., przyprawy, suszone owoce, kawa, herbata, słodzik, krupnik - 2 but. 0,25 l (wspaniale rozgrzewa). Baltazar wozi ze sobą ok. litra spirytusu i go "rozmaja" z wszechobecna coca-cola albo pepsi. Spirytus waży mniej niż wódka ;) - po co wozić ze sobą wOdę?

Toaleta:
Kosmetyczka (z lusterkiem), trzy mydła, szampon, krem ochronny na słońce, maszynka do golenia, pasta do zębów i szczoteczka, krem nivea, płyn na komary, nożyczki, obcinak do paznokci.

Foto:
Dwa aparaty (ja używam Pentax'ów: ), konwerter, zapasowe baterie, filmy i slajdy (teraz karty pamięci i databank), statyw, szmatka i płyn do czyszczenia optyki, filtry, wężyk spustowy.

Inne:
Paszport, pieniądze, ubezpieczenie, mapy, dziennik wyprawy i długopisy, drut, igły i nici, apteczka. I tym akcentem kończę "ABC rowerowych wypraw" zdając sobie sprawę, że nie wyczerpałem tego obszernego tematu, i że może pojawić się jeszcze wiele pytań i wątpliwości.

I tym akcentem kończę "ABC rowerowych wypraw" zdając sobie sprawę, że nie wyczerpałem tego obszernego tematu, i że może pojawić się jeszcze wiele pytań i wątpliwości. Zachęcam do lektury różnych czasopism, Ingternetu, do dokładnego "studiowania" ukazujących się tu relacji z wypraw, w których często można "między wierszami" uzyskać cenne informacje, jak również znaleźć natchnienie do rowerowych eskapad.

Do zobaczenia na szlaku!

Przemek PePe Pawłucki, Grzegorz Baltazar Kajdrowicz

Wywiad w Radio o turystyce rowerowej udzielony przez Baltazara

 

 


Trole - historia

Galeria pociesznych stworków, które można spotkać
w Krainie Troli :) Portrety pochodzą ze strony:
www.trollclub.it"



Daleko na północ gdzie zimowe burze chłoszczą smagane wiatrem wybrzeża, jest długa i wąska kraina. Tu można zobaczyć ciemne lasy z oświetlonymi księżycem jeziorami, głębokie fiordy otoczone przez potężne, pokryte śniegiem góry, długie rzeki i zimne strumienie spadające w dół zboczy. W dzisiejszych czasach ta kraina pokryta jest śniegiem i lodem przez tylko 6 miesięcy w roku. Dawno temu był tam lodowiec, który pokrywał całą krainę przez tysiąc lat. Stopniowo ocieplający się klimat wyparł lodowiec na północ. Ludzie z południa poszli w jego ślady. Patrząc na tą krainę i widząc jej wspaniałość postanowili się tam osiedlić i tak stali się jej pierwszymi mieszkańcami.

Nazwali ją Norwegia a siebie zwali "ludźmi północy" - Nordmenn.

Nie trwało długo jak zdali sobie sprawę że nie są tam sami , że pomiędzy lasami, górami skrywają się różne dziwne stworzenia.
Ludzie nie wiedzieli kim są te stworzenia, ale wierzyli, że mają ponadnaturalną siłę i zaczęli ich nazywać Trolami.

Trole wychodzą ze swoich kryjówek tylko po zmierzchu i znikają przed świtem. Promienie słońca mogłyby spowodować, że zamieniłyby się w skałę i popękałyby.
Czasami Trole zapominały ukryć się przed słońcem i dlatego dziś skalne figury troli możemy odnaleźć w różnych miejscach Norwegii.
Trole były widziane w jasne księżycowe noce, lub podczas burz, które mogły przestraszyć każdego kto akurat był na zewnątrz w tym czasie.
Trole miały bardzo wyraźne kształty. Miały długie, krzywe nosy, tylko cztery palce u każdej kończyny i większość z nich miała długie, krzaczaste ogony.
Niektóre były olbrzymami inne zaś były małe. Istnieją historie o dwugłowych jak również trójgłowych Trolach, a nawet kilka historii o Trolach, które miały tylko jedno oko na środku pomarszczonego czoła. Inne miały drzewa i dziką narośl dookoła głowy i nosa.
Chociaż były kosmate i rozczochrane, i w większości wyglądały odstraszająco znane były jako dobrej natury naiwne stworzenia. Były tak naiwne, że cwany wieśniak mógł czasami łatwo je oszukać.
Opowieści o takich niespodziewanych spotkaniach są powszechne w bajkach.
Większość Troli żyje kilkaset lat, jednakże z powodu wyjątkowo nieśmiałej natury, pochodzenia, stylu życia oraz niespodzianek jakie mogą ich spotkać pozostaje to tajemnicą.

Gniew Troli bywa nieograniczony. Ludzie starali się nie drażnić ich by nie zrobić sobie w nich wrogów. Jeżeli farmer sprowokował Trola jego trzoda mogła stać się obiektem choroby lub gorsze rzeczy mogły się wydarzyć. Z drugiej strony dobre stosunki z Trolami mogły być bardzo pomocne. Nawet w dzisiejszych czasach trzeba żyć z Trolami w zgodzie bo nigdy nie wiesz kiedy spotkasz jednego z nich. Następnym razem kiedy wejdziesz do ciemnego lasu i ogromnych zboczy z ich głębokimi jeziorami, huczącymi wodospadami pamiętaj ,że Trole prawdopodobnie nie są groźne, ale mimo to uważaj. Po zmroku nie jesteś już sam lecz jesteś Ty i Trole.

Gdzieś w środku Norwegii można znaleźć małą i rzadko zaludnioną wioskę zwaną Tynset. Położona u podnóży góry o wysokości 5 tys. stóp zwanej Tronfsell, która jest w północnym krańcu długą i wąską doliną zwaną Qsterdalen.

Pewnej bezchmurnej i mroźnej księżycowej nocy w zimie 1964 coś magicznego miało miejsce w starej, czerwonej stodole w Tynset. Cała okolica pokryta była śniegiem a księżyc w pełni prześwietlał swoim arktycznym, białym światłem kryształy lodu na szybach stodoły. Wewnątrz na zniszczonym, drewnianym stole norweski malarz i rzeźbiarz Trygne Torgensen właśnie kończył swój pierwszy model-rzeźbę trola.
Jego postać była osobistą interpretacją trola opartą na licznych bajkach i mitach przesiąkniętych w bogatym norweskim folklorze i literaturze.

Słynni norwescy artyści jak Henryk Ibsen, malarz Teodor Kittelsen i kompozytor Edvard Grieg są tymi, którzy pomogli uwiecznić historie, obrazy, muzykę przedstawiając Trole w różny sposób opierając się na ich własnej interpretacji folkloru i mitów.

Mr Torgensen i jego żona Evelin założyli firmę Ny Form na początku 1964 roku i czerwona stodoła stała się domem i symbolem dla nowej rasy Troli. Przez lata rodzina Torgensena stała się częścią firmy. W chwili obecnej tradycje firmy kontynuuje artysta Bjon Schulze, który jest wnuczkiem Torgensena. Jest on odpowiedzialny za tworzenie nowych figur Troli w oparciu o tradycyjny wzór Ny Form. Autentyczne norweskie trole stały się sukcesem, ciesząc się niesłabnącą popularnością wśród kolekcjonerów na całym świecie.

Charakterystyka Trola

Cały proces tworzenia Troli jest wykonywany ręcznie. Każdy Trol ma trochę inny kształt, włosy, oczy, kolor, wygląd. To powoduje, że każdy Trol jest oryginalny. Trole wykonywane są z naturalnych materiałów i przez lata można doświadczać, że każdy Trol starzeje się w indywidualny dla siebie sposób. Dzieje się tak z powodu zmiennych takich jak temperatura, wilgotność, umiejscowienie w słońcu lub w cieniu. Wszystko powyższe powoduje, że Trole stają się tym cenniejsze dla kolekcjonerów im bardziej są unikatowe.

Co powinienes wiedzieć o Trolach

Wygląd Troli kreowanych przez Ny Form bardzo intryguje ludzi, wielu odnajduje siebie w nich. Trole znane są z dobrego zachowania i dobrej natury. Są one wrażliwe więc należy traktować je z szacunkiem i współczuciem. Pojedynczy Trol czuje się samotny, dlatego Trole z jednej rodziny powinny przebywać razem. Według legendy Trole narażone na działanie promieni słonecznych pękają i rozpadają się więc należy trzymać je w ocienionych miejscach.

Pamiętaj Trole nie są zabawkami i nie wolno bawić się nimi. Traktuj je odpowiednio. Stwórz odpowiednie środowisko życia dla nich w dobrym i bezpiecznym miejscu w Twoim domu poza zasięgiem małych dzieci. Góry i lasy z rzekami i jeziorami są naturalnym domem dla Troli i dlatego one bardzo się martwią o środowisko naturalne. Dbaj o naturę gdziekolwiek jedziesz lub cokolwiek robisz i zawsze pomagaj chronić środowisko naturalne. Za to oni zawsze będą Ci wdzięczni. Traktuj Trole dobrze a one będą stać po Twojej stronie.

Legenda głosi, że w domu w którym jest Trol jest również szczęście i fortuna.

Śladami Polaków po świecie

Polacy na Madagaskarze

Tekst pochodzi ze strony Przegląd Australijski

Umieszczony za zgodą autora Pana Mariana Kałuskiego



Madagaskar to państwo położone na wyspie o tej samej nazwie, ok. 400 km od wschodnich wybrzeży Afryki, do której należy. Ma obszar 587 000 km2, a zamieszkuje je ok. 16,5 mln osób, głównie Malgaszów, z których połowa to chrześcijanie (po połowie protestanci i katolicy). Stolicą kraju jest Antananarivo. Językami urzędowymi są malgaski i francuski. Jest to biedny kraj rolniczy. Wyspa jest znana na świecie głównie z żyjących tu lemurów i kameleonów oraz z wydobywanych w dużych ilościach szmaragdów.

Dla Europy Madagaskar odkryli Portugalczycy w 1504 roku. Jednak do XIX w. wyspą nikt specjalnie się nie interesował. Malgasze (Howasi) utworzyli w XVIII w. silne, scentralizowane państwo i stworzyli armię, skutecznie broniącą przez pewien czas królestwa przed kolonizatorami francuskimi, którzy od połowy XIX w. dążyli do podporządkowania go Francji (samą wyspą interesowali się od 2. poł. XVIII w.). W 1885 roku Francuzom udało się narzucić królowi Malgaszów układ o protektoracie, przeciwko czemu zaprotestowała zbrojnie ludność kraju. Francuzi odpowiedzieli wysłaniem korpusu ekspedycyjnego, który w 1896 roku zdobył stolicę kraju Antananarivo (nazywane również Tananariwą), a w rok później opanował całą wyspę, zamieniając ją w kolonię. Malgasze kilkakrotnie walczyli o wolność z okupantami francuskimi. Wyspa odzyskała niepodległość w 1960 roku - powstała Republika Malgaska.


Dzieje Polaków na Madagaskarze, choć egzotyczne, barwne i dość bogate są prawie nieznane. Oficjalne dzieje Polaków na wyspie, a także w całej centralnej Afryce, do której zaliczana jest wyspa Madagaskar, w przekonaniu przeciętnego Polaka interesującego się dziejami Polaków na świecie, rozpoczynają nadzwyczaj barwne przygody znanego już przedtem z brawurowej ucieczki z rosyjskiej Kamczatki i z badań północnego Pacyfiku, Maurycego Augusta Beniowskiego (1746-1786).

Tymczasem dzieje Polaków na Madagaskarze rozpoczyna żyjący 150 lat przed Beniowskim Krzysztof Pawłowski (zm. 1603), rodem z Pomorza. Wiemy, że w 1596 roku wyruszył on z Gdańska w świat jako kupiec. Z Lizbony odbył podróż morską do Goa - portugalskiej enklawy na na terenie Indii. Statek płynął wokół Afryki do zajmowanego przez Portugalczyków Mozambiku na pd.-wsch. wybrzeżu Afryki (skąd 25 sierpnia wysłał list do Krakowa). Potem statek długi czas płynął wzdłuż wschodnich brzegów Madagaskaru i 11 listopada dotarł do Goa. Nie wiemy czy statek zatrzymywał się na Madagaskarze. Chyba raczej tak, chociażby dla zabrania świeżej wody i żywności. Ale jeśli nie, to był to mimo wszystko prawdopodobnie pierwszy i to wielodniowy wizualny kontakt Polaka z Madagaskarem.

Prawie nikt z historyków i literatów również nie wspominał i nie wspomina rzekomego pobytu na Madagaskarze głośnego awanturnika i znanego później konfederata barskiego Michała Dzierżanowskiego (ok. 1725-1808). Nie wspomina go ani Wacław Słabczyński w swej książce "Polscy podróżnicy i odkrywcy" (Warszawa 1988), ani Bolesław Kuźmiński w "Przygodach polskich obieżyświatów na morzach i lądach" (Gdańsk 1973). A właściwie powinien być obecny w obu książkach, jeśli jest prawdą to, co pisze o nim prof. Władysław Konopczyński w "Polskim Słowniku Biograficznym" (t. VI, Kraków 1948).

Od młodych lat Dzierżanowski wałęsał się po świecie. Był m.in. w Indiach na przełomie lat 50. i 60. XVIII wieku, gdzie m.in. bawił się korsarstwem na Oceanie Indyjskim. Uciekając przed Anglikami dopłynął na Madagaskar, gdzie spalił swój statek, aby Anglicy nie wiedzieli, gdzie jest. Wszedł w kontakt z miejscową ludnością i został obrany przez nich "królem". Tytułował się "z Bożej łaski Michał I król Madagaskaru". Madagaskarem zaczęła interesować się wówczas Francja i króla Michała I uznano za intruza, za osobę zagrażającą jej interesom na wyspie. Wojskowa ekspedycja francuska rozbiła jego oddział wojskowy, choć miał ponoć pod swoimi rozkazami 10 000 krajowców przeciw 1000 Francuzów. Uciekł wówczas z wyspy na zagarniętym statku holenderskim i powrócił do Polski.

Jeżeli nawet jego relacje są sprzeczne i bałamutne, a niektóre zapewne nieprawdziwe, to nie ulega wątpliwości, że Dzierżanowski był obieżyświatem i znał kilka języków, których nauczył się na obczyźnie. Jest raczej pewne, że był w Indiach i podróżował statkami po Oceanie Indyjskim; jest chyba dużo prawdy w tym, że był nawet korsarzem. Biorąc to wszystko pod uwagę nie można wykluczyć, że był również na Madagaskarze. Zapewne nie był tam żadnym królem, ale mógł cieszyć się mirem wśród krajowców, których wspomagał w walce z Francuzami, dążącymi do opanowania wyspy.

Dlatego myślę, że nie będziemy daleko od prawdy, gdy właśnie Michała Dzierżanowskiego uznamy za pierwszego Polaka na Madagaskarze, jeśli statek wiozący Krzysztofa Pawłowskiego do Goa nie zatrzymał się gdzieś na tej wyspie.

Wracając do Beniowskiego, to właściwie nie był on etnicznym Polakiem. Był Polakiem z wyboru i liczne więzy łączyły go z Polską i Polakami. Urodził się w Werbowie na Słowacji i był szlachcicem węgierskim lub słowackim. Sam Beniowski twierdził, że jego dziad był Polakiem i przeniósł się na Węgry i dlatego sam uważał się za Polaka, co później odnotował skrupulatnie nawet gubernator wyspy Ile de France des Roches (W. Słabczyński "Polscy podróżnicy i odkrywcy" Warszawa 1988). Poza tym mieszkając na Słowacji Beniowski musiał mieć jakieś bliskie kontakty z Polską i Polakami, skoro w 1768 roku utrzymywał kontakty z konfederatami barskimi w Krakowie. W 1769 roku wstąpił nawet do oddziału K. Pułaskiego w podolskim Żwańcu, na pograniczu polskotureckim. Wzięty do niewoli przez Rosjan został w maju 1770 roku zesłany aż na Kamczatkę.

Przebywając w portowym Bolszeriecku zorganizował 23 maja 1771 roku bunt zesłańców i na opanowanym statku "Święty Piotr i Paweł" przez Japonię i Tajwan dopłynął szczęśliwie do Makau, wcześniej badając nieznane jeszcze dobrze północne rejony Pacyfiku. Był to teren penetracji rosyjskiej i pilnie był przez Rosjan strzeżony. Stąd Rosjanie nie tylko okazali wściekłość z powodu zorganizowania udanego buntu więźniów i uprowadzenia statku, ale przede wszystkim dlatego, że w swoich pamiętnikach opisał Kamczatkę i badane przez siebie północne rejony Pacyfiku. Dlatego wysiłek Rosjan poszedł w kierunku ośmieszenia tych pamiętników i osoby Beniowskiego. Największy sukces w tej akcji odnieśli Rosjanie wśród... Polaków. W Polsce i Rosji aż do końca XX w. Beniowski uchodził za szarlatana. O jego pamiętnikach pisano, że są "pełne fantazji i zmyśleń" (np. biogram Beniowskiego w "Polskim Słowniku Biograficznym" 1935 czy "Wielka Encyklopedia Powszechna PWN" t. 1, Warszawa 1962).

Dopiero szczegółowe badania Edwarda Kajdańskiego i opublikowane przez niego pełne i krytyczne wydanie "Pamiętników" Beniowskiego (1996) przyczyniło się do przyznania Beniowskiemu należnego miejsca wśród polskich wybitnych postaci historycznych. Beniowski jest jednym z największych podróżników i odkrywców polskich.

W 1772 roku Beniowski przybył z Azji do Francji, oferując swoje usługi rządowi francuskiemu. Jako znany podróżnik został przyjęty do służby francuskiej w charakterze pułkownika. Beniowski proponował rządowi francuskiemu wyprawę na Formozę (Tajwan), jednak Paryż postanowił wysłać go na Madagaskar. Stojąc na czele eskadry 23 marca 1773 roku wypłynął z Francji w celu skolonizowania wyspy. Po przybyciu na Madagaskar na swoją siedzibę wybrał miejscowość Marancet (obecnie Maroantsetra) w północno-wschodniej części wyspy, nad zatoką Antongil, koło ujścia rzeki Tingueballe (obecnie Antanambalona), którą nazwał na cześć króla francuskiego Ludwika XV Louisburgiem. Dzisiaj Maroantsetra jest podobno jedną z najładniejszych miejscowości na Madagaskarze.

Jak pisze Słabczyński, opierając się na protokołach urzędowych Beniowskiego oraz sprawozdaniach innych osób, Beniowski rozpoczął energiczną eksplorację administrowanej przez siebie części kraju oraz jej zagospodarowywanie. Budowano drogi, kanały, karczowano lasy, osuszano malaryczne bagniska, wznoszono prymitywne szpitale. O rozwoju rolnictwa i hodowli na wyspie świadczyć może m.in. to, że gdy kwintal ryżu, importowany z Batawii (obecnie Jakarta) przez Ile de France (obecnie Mauritius), kosztował 45 liwrów, to taki sam kwintal na Madagaskarze kosztował 15 liwrów. Woły, które sprzedawano na Ile de France po 400 liwrów za sztukę, na Madagaskarze można było kupić za 36 liwrów (W. Słabczyński).

Z inicjatywy Beniowskiego prowadzono również badania geograficzne wyspy, sporządzając plany i mapy, jak np. zatoki Antongil, a na górze de la Decouverte wzniesiono pawilon obserwacyjny. Niektóre z tych wypraw, jak np. badanie wschodniego wybrzeża Madagaskaru i wysp przybrzeżnych przez załogę statku "Le Coureur", ekspedycja mająca na celu zbadanie Przylądka Północnego, badania biegu rzek na północy wyspy czy nieudana próba zbadania wnętrza wyspy i odkrycia drogi lądowej z zatoki Antongil na wschodnim wybrzeżu do zatoki Bombetoka na zachodnim, miały charakter czysto naukowy. Beniowski sam uczestniczył w niektórych wyprawach w głąb wyspy oraz na sąsiednią wysepkę Sainte-Marie, a wraz z sławnym podróżnikiem francuskim La Perouse odbył podróż łodzią w górę rzeki Antanambalona.

Trzyletnia działalność Beniowskiego na wyspie musiała być uważana za pozytywną przez tubylczą ludność wyspy. Świadczą o tym przyjazne stosunki, jakie miał z krajowcami, co było raczej rzadkim zjawiskiem w historii kolonializmu europejskiego. Stosunki z krajowcami były aż tak przyjazne, że Beniowski został obwołany przez naczelników plemiennych "ampansakabą", czyli najwyższym wodzem lub królem. Francuski historyk Madagaskaru L. Brunet w swojej książce "L'oeurve de la France a Madagascar" tak rejestruje to wydarzenie: "Bardzo śmiały, giętki, energiczny, zyskał Beniowski zaufanie plemion północy i wschodu wyspy, które mianowały go swym królem" (W. Słabczyński).

Sukces jednej osoby często rodzi zawiść u drugiej. Beniowski podlegał gubernatorom należących do Francji wysp Bourbon (obecnie Reunion) i Ile de France. Stamtąd wysyłano do Paryża nieprzychylne raporty o Beniowskim. A kiedy ludność tubylcza ogłosiła go swoim wodzem-królem tak gubernatorzy, jak i Paryż, zaczęli podejrzewać Beniowskiego o próbę uniezależnienia wyspy od Francji. Podejrzenie to, choć kamuflowane przez Beniowskiego, mogło być uzasadnione, biorąc pod uwagę późniejszy rozwój wypadków. Przysłani z Paryża komisarze królewscy wyrazili swą dezaprobatę dla działalności Beniowskiego. 20 października 1776 roku Beniowski opuścił Madagaskar żegnany przez tubylców, co rzewnie opisał w swoich pamiętnikach. Wspomniany wyżej historyk L. Brunet pisze wyraźnie, że "Beniowski upadł z powodu przeszkód, które czynili mu Francuzi z Ile de France".

Beniowski po powrocie do Paryża dowiedział się, że Francja nie jest więcej zainteresowana jego służbą dla niej. Wówczas starał się bezowocnie zainteresować Madagaskarem Anglię i dwór wiedeński. Z Austrii wyjechał w 1779 roku do Ameryki, gdzie toczyła się wojna o niepodległość, w której uczestniczył jego dawny dowódca z czasów konfederacji barskiej, Kazimierz Pułaski. Niestety Beniowski spóźnił się, gdyż Pułaski zginął w bitwie pod Savannah (9-11.10.1779); przez to został bez protektora. Będąc w Ameryce podkreślał swoje więzy z Polską i Polakami. Po wielu staraniach w okresie kilku lat Beniowskiemu udało się wreszcie przekonać niektórych Anglików i Amerykanów do zorganizowania ekspedycji na Madagaskar. Finansowo poparł ją John Hiacinth de Magellan, członek londyńskiego Towarzystwa Naukowego i dom handlowy Zollikofer i Meissonier, który wyekwipował mający udać się na Madagaskar statek "Interpid". Wyprawę gorąco popierał również znany polityk amerykański, Beniamin Franklin. W kwietniu 1784 roku Beniowski odpłynął z Anglii do Baltimore w USA z towarami, przeznaczonymi do ekspedycji na Madagaskar. Tam przeładowano je na statek "Intrepid", który 25 października tegoż roku odpłynął na Madagaskar.

Beniowski przybył na Madagaskar 7 lipca 1785 roku, witany przez krajowców z "szalonym entuzjazmem" (L. Brunet). Mając ciągle poparcie naczelników plemion uważał się teraz oficjalnie za króla wyspy, tytułując się "Mauritius Augustus Dei gratia ampansacabe de Madagascar" i podpisując się "Mauritius Augustus". Sprawował rządy samodzielnie i przystąpił do budowy stolicy nazwanej Mauritania. Swoją siedzibę nazywał "zamkiem", mianował ministrów i utworzył wojsko złożone z tubylców, które ubrał w... polskie rogatywki.

Jeśli Dzierżanowski również był naprawdę królem Madagaskaru, to wówczas mielibyśmy aż dwóch Polaków "na tronie" malgaskim.

Oczywiście Francuzom nie podobał się taki przebieg wypadków - myśl o wolnym, niezależnym od Francji Madagaskarze. Dlatego przeciwko Beniowskiemu wysłano z Ile de France oddział wojskowy. Beniowski nie miał wystarczająco dużo sił, by przeciwstawić się Francuzom, tym bardziej, że wielu ludzi, którzy z nim przybyli na wyspę, przetrzebiła febra. Zginął 23 maja 1786 roku, broniąc swojej siedziby królewskiej. Został pochowany nad brzegiem rzeki Andranofosty w zatoce Antongilskiej. Historyk francuski L. Pouliat w swojej książce "Madagascar sous Louis XV" (1886) pisze: "Tak zginął nieszczęśliwie Beniowski, jedna z najbardziej niezwykłych postaci i - kto wie - może jeden z wielkich charakterów XVIII wieku".

Beniowski zostawił - ogłoszone pośmiertnie w językach angielskim, niemieckim, francuskim, holenderskim, szwedzkim, węgierskim i słowackim - pamiętniki, napisane po francusku (są przechowywane w British Museum w Londynie), których częściowe wydanie polskie pt. "Historia podróży i osobliwych zdarzeń..." (t. 1-4) ukazało się już w 1797 roku, a pełne dopiero w 1996 roku. Przez długi czas były one jednym z głównych źródeł wiadomości o Madagaskarze.

Na Madagaskarze pamięć o Beniowskim przechowała się po dziś dzień. Znany polski pisarz i podróżnik Arkady Fiedler (1894-1985), przebywając na krótko przed II wojną światową na Madagaskarze stwierdził, że wśród Malgaszów zachowała się pamięć o Beniowskim. Zauważył jego obecność w podręcznikach szkolnych, jego hasło znalazło się w encyklopedii, a w oczach malgaskiego ludu jest on symbolem walki o wyzwolenie kraju spod francuskiej zależności kolonialnej. Jedna z ulic stolicy kraju Antananarivo nosi nazwę "rue de Beniowski". Tabliczka z nazwą ulicy jest najładniejsza w mieście. Niestety, zamieszczona obok tablica informuje, że Beniowski był... Węgrem. Potwierdza to stare powiedzenie, że sukces ma wielu ojców, jak również polską beztroskę czy inercję w odniesieniu do reklmy Polaków i Polski na świecie, której zupełnie nie doceniamy. Potem się dziwimy, że na świecie często króluje fałszywy obraz Polski i Polaków. Do poloników należy zaliczyć nazwy geograficzne, związane z osobą Beniowskiego. I tak miejsce, gdzie Beniowski po raz pierwszy wylądował, nazywa się Górą Beniowskiego. Znajduje się ona na północno-wschodnim wybrzeżu wyspy, w pobliżu miejscowości Ambinaqnitelo. Jest także na mapie Madagaskaru Wyspa Maurycego, w pobliżu północnego cypla Madagaskaru, której nazwa wywodzi się od drugiego imienia Beniowskiego - Maurycy. Była także kiedyś nazwa Fort Augusta, którą nadał sam Beniowski. Ten fort obronny leżał ok. 20 km od Louisburga, w dolinie rzeki Tinggalla (B. Kuźmiński "Polskie nazwy na mapie świata" Warszawa 1967).

Prawdopodobnie pod wpływem popularności wśród Polaków dziejów Maurycego Beniowskiego – władcy Madagaskaru, komediopisarz polski Stanisław Dobrzański (1847-1880) dał tytuł jednej ze swych fars „Żołnierz królowej Madagaskaru”, chociaż jej akcja nie toczy się na Madagaskarze, a tylko w Warszawie. Komedia, bardzo popularna, po raz pierwszy została wystawiona w teatrze polskim we Lwowie w 1879 roku (pierwsze wydanie książkowe 1886).

Kto był kolejnym Polakiem na Madagaskarze? Najprawdopodobniej był nim Adam Piotr Mierosławski (1815-1851), młodszy brat Ludwika Mierosławskiego (1814-1878), jednego z czołowych działaczy polskiej emigracji politycznej we Francji, tzw. Wielkiej Emigracji. Obaj byli uczestnikami Powstania Listopadowego (18130-31), po którego upadku znaleźli się we Francji. Adam Piotr Mierosławski został kapitanem francuskiej marynarki handlowej, żeglarzem i łowcą wielorybów. Bolesław Kuźmiński w książce "Przygody polskich obieżyświatów na morzach i lądach" (Gdańsk 1973) nazywa go "kapitanem Oceanu Indyjskiego", gdyż szereg lat był związany z tym akwenem morskim, który pochłonął również jego ciało. Pod koniec lat 30. XIX w. Mierosławski był kapitanem statku "Courier de Bourbon", którego portem macierzystym był Saint Denis na wyspie Bourbon (obecnie Reunion) na Oceanie Indyjskim. Stąd "Courier de Bourbon" wyruszał w rejsy m.in. do portów na Madagaskarze.

Wielu Polaków - z Wielkiej Emigracji, którzy osiedlili się we Francji, a następnie ich dzieci, jak również przybywający później na stałe do Francji Polacy z okupowanych przez Niemcy i Rosję ziem polskich (do 1918 roku), a później już z wolnej Polski (1918-39) i po II wojnie światowej - służyło w kolonialnej administracji francuskiej, a przede wszystkim było żołnierzami francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Niektórzy z nich z tego powodu przebywali na Madagaskarze do chwili uzyskania niepodległości przez wyspę w 1960 roku. Jak dużo było takich Polaków na Madagaskarze, mogłyby ujawnić archiwa francuskie i zapewne malgaskie. W chwili obecnej znamy jedynie nazwiska najbardziej znanych osób. Należą do nich: Władysław Jagniątkowski oraz Józef Miłkowski.

Władysław Jagniątkowski (1859-1930 przebywał przejściowo na Madagaskarze w 1895 roku jako kapitan Legii Cudzoziemskiej. W wolnej Polsce (od 1918) był pułkownikiem Wojska Polskiego, a poza tym pamiętnikarzem i literatem. Pisał barwne wspomnienia i obrazki z krajów, w których przebywał. Jedną z jego książek jest „Ona i Madagaskar czyli walka z kobietą”, która ukazała się osobno w Warszawie i Krakowie w 1914 roku.

Natomiast Józef Miłkowski (syn Zygmunta Miłkowskiego, pseud. Teodor Tomasz Jeż (1824-1915), powieściopisarza i publicysty oraz wielkiego działacza polskiej emigracji politycznej) przez szereg lat pełnił rolę komendanta wojskowego na Madagaskarze (B. Wierzbiański "Polacy w świecie" Londyn 1946). Był tak patriotycznie wychowany w polskim duchu w domu w Szwajcarii, że kiedy toczyły się walki o granice odrodzonego w listopadzie 1918 roku państwa polskiego, wstąpił do Wojska Polskiego i zginął w 1920 roku na polu chwały podczas wojny polskobolszewickiej. Do wyróżniających się podróżników polsko-francuskich należy zaliczyć etnologa i antropologa Zygmunta Zaborowskiego (1851-1928), profesora honorowego Szkoły Antropologicznej w Paryżu. Należy on do najbardziej zasłużonych badaczy największego plemienia malgaskiego - Howasów. Jego prace im poświęcone: "Une etude a l'orinige et au caractere des Howas" ("Revue mensuelle de l'Ecole d'Anthropologie de Paris") i "La circoncision, ses origines et sa repartition en Afrique et a Madagascar" ("L'Anthropologie", vol. VII, 1896) posiadają ciągle wartość naukową. W latach 1890-1902 przebywał na Madagaskarze inżynier Kazimierz Stanisław Rechniewski (1846-1922), znany później budowniczy kolei i działacz polonijny w Argentynie. Rechniewski, który studia techniczne ukończył w Szwajcarii, został zaangażowany przez rząd francuski do budowy kanałów na Madagaskarze.

Na starym cmentarzu w Antananarivo jest grób z pomnikiem jakiegoś księcia Rabobazaky, na którym jest flaga polska i szabla. Kto to był, nikt nie wie. Może jeszcze jeden Polak w służbie francuskich władz kolonialnych, a nazwisko na pomniku zostało zniekształcone?

Na Madagaskar jako turysta wybrał się między 1893 a 1906 krakowianin Artur Henryk Mueldner (1842-1906), komandor austro-węgierskiej marynarki. Z swoich licznych podróży po świecie przywoził przeróżne wyroby miejscowej sztuki ludowej, tkaniny, broń, które ofiarował Uniwersytetowi Jagiellońskiemu i Muzeum Przemysłowemu (dziś Etnograficzne) w Krakowie. Prawdopodobnie w tych zbiorach są również jakieś wyroby z Madagaskaru.

Podczas podróży naokoło świata, rozpoczętej w 1903 roku, na Madagaskarze był znany malarz polski, Aleksander Laszenko (1883-1944).

Natomiast w 1907 roku przez pół roku prowadził badania naukowe na Madagaskarze ornitolog Kazimierz Rożnowski, jako członek Towarzystwa Geograficznego w Wiedniu, który przedtem, jako zesłaniec syberyjski, prowadził badania naukowe na Wschodniej Syberii.

Na początku XX wieku na Madagaskarze było chyba tylu Polaków, ilu ich jednorazowo tu nigdy nie było i obecnie nigdy nie ma.

Otóż w zaborze rosyjskim mieszkało przed I wojną światową ok. 15 milionów Polaków. Rosja miała wielką armię, złożoną głównie z rekrutów. Rekruci polscy stanowili więc duży odsetek armi rosyjskiej. Tym bardziej, że Rosjanie lubili na toczone przez Rosję liczne wojny, na pierwszą linię frontu pchać oddziały złożone z nierosyjskich rekrutów. W 1904 roku wybuchła wojna rosyjskojapońska. Oba państwa chciały opanować dla siebie wielką chińską Mandżurię. Na Daleki Wschód – do Portu Artura Rosja skierowała swoją wielką Flotę Bałtycką, jako II Eskadrę Pacyfiku pod dowództwem admirała Zinowija Rożestwienskiego. Wśród jej marynarzy było wielu Polaków, w tym m.in. Jerzy Wołkowicki, w odrodzonej Polsce generał Wojska Polskiego. Okrążając Afrykę, 29 grudnia 1904 roku Druga Eskadra dopłynęła na Madagaskar. Tutaj doszła do admirała Rożestwienskiego wiadomość, że 2 stycznia 1905 roku Japończycy zdobyli Port Artur i zniszczyli rosyjską Pierwszą Eskadrę Pacyfiku. Dowództwo rosyjkie nie wiedziało co robić. W zmienionej przez to sytuacji strategicznej sens i szanse powodzenia dalszego rejsu Drugiej Eskadry stanęły pod znakiem zapytania. Stąd pobyt jej na Madagaskarze przedłużył się aż do 16 marca 1905 roku. Ostatecznie flota otrzymała jednak zadanie przerwać się do rosyjskiego port Władywostoku na Dalekim Wschodzie. 28 maja 1905 roku została doszczętnie rozbita przez flotę japońską w słynnej bitwie morskiej pod Cuszimą, niedaleko brzegów Japonii.

Pod koniec okresu międzywojennego, a dokładnie w latach 1936-39, Madagaskar był częstym tematem w polskich mediach. Bardzo popularną była piosenka "Ajaj, Madagaskar", chwaląca uroki życia na tej tropikalnej wyspie, nadawana często w radiu. Co było powodem, że wyspa leżąca na Oceanie Indyjskim i należąca do Afryki była tak częstym tematem w Polsce?

Przedwojenna Polska była krajem przeludnionym i miała poważne problemy gospodarcze, a szczególnie poważny problem ekonomiczny z 3-milionową diasporą żydowską, która ten problem potęgowała, gdyż Żydzi pracowali jedynie w wybranych zawodach (głównie w handlu i rzemiośle). Tymczasem na skutek wielkiego kryzysu gospodarczego, który rozpoczął się w 1929 roku, wszystkie kraje, które dotychczas przyjmowały imigrantów, wstrzymały zupełnie ich napływ. Były to czasy kolonializmu na świecie, więc także i w Polsce powstała idea zdobycia terenów kolonialnych, które rozwiązałyby chociaż częściowo polskie przeludnienie i bezrobocie. Ideę polskich kolonii szerzyła Liga Morska i Kolonialna, która była drugą co do wielkości organizacją społeczną II Rzeczpospolitej i liczyła w 1939 ponad milion członków. Nagłówki typu: "Żądamy kolonii dla Polski" czy "Kolonie siłą Rzeczpospolitej" przewijały się dość często przez prasę codzienną tamtych czasów.

Anonimowy autor strony internetowej "Rok Polski na Madagaskarze 2006" pisze, że wśród licznych planów kolonialnych II Rzeczpospolitej była m.in. nieudana próba uzyskania od Francji kontroli nad Madagaskarem... jednak fakt ten mocno zapisał się w masowej świadomości, chociażby przez powiedzenie "Żydzi na Madagaskar".

Polska nie starała się o kontrolę nad Madagaskarem, najwyżej o status kondominium i to tylko w odniesieniu do terenów, na których osiedlaliby się polscy Żydzi. Jest prawdą, że Madagaskar współczesnym Polakom kojarzy się głównie z hasłem "Żydzi na Madagaskar" ale tylko dlatego, że sprawę tę omawia się po dziś dzień w tematyce polsko-żydowskiej. Tymczasem Madagaskar miał być również terenem osadnictwa etnicznie polskiego. Głównie temu celowi służyć miała zorganizowana w 1937 roku rządowa wyprawa na Madagaskar Komisji Studiów pod kierunkiem mjr Mieczysława Lepeckiego. Komisja miała zbadać warunki ewentualnej kolonizacji i osadnictwa polskiego. Wytypowano miejscowość górską Ankanazina jako cel polskiej akcji osadniczej. Owocem tej podróży była książka Lepeckiego "Madagaskar, ludzie, kultura i kolonizacja". Już po wojnie Lepecki wydał książkę "Maurycy August Beniowski. Zdobywca Madagaskaru" (Warszawa 1961).

Na Madagaskarze był również w 1937 roku znany już wówczas pisarz i podróżnik Arkady Fiedler, a owocem jego podróży była książka "Jutro na Madagaskar" (1939). Miała ona zachęcać Polaków do emigracji na Madagaskar. Już po II wojnie światowej wydał dwie inne książki o tematyce madagaskarskiej: "Gorąca wieś Ambinanitelo" (1953) i "Wyspa kochających lemurów" (1957). Fiedler ponownie wybrał się na Madagaskar na przełomie 1965-66 roku. Po tej podróży dał Polakom książkę "Madagaskar okrutny czarodziej" (1969).

Daleki, gorący, afrykański Madagaskar nie przyciągał jednak Polaków. Po 1936 roku osiedliła się tam jedynie grupa prawdziwych pionierów - raptem kilkanaście rodzin. To o nich barwnie pisał Arkady Fiedler w książce "Jutro na Madagaskar":
"Serce rośnie gdy o nich myśleć. Spisali sie gracko. Złożyli dowód, że z łagodnych pól polskich i z łaskawego klimatu można przenieść i gdzie indziej twardą krzepę i junacką ochotę. Tu, na Madagaskarze, obce słońce nie pieści, obca ręka nie głaska. Tu łatwiej paść niż stać. A oni stanęli mocno. Zawistną łapę Greków strzepnęli. Hindusów wzięli za mordę, Malgaszów pozyskali, wodę na swój młyn skierowali, los skłonili do uśmiechu; od Greków i Hindusów wymusili uznanie, od Francuzów przyjaźń. I chwalą jeszcze gorące słońce, że rafie płodzi i pracują bez wytchnienia, dzielne lechickie zuchy".

Polscy osadnicy zaskarbili sobie przyjaźń lokalnych Francuzów, ale nie Paryża. A wszystko przez próbę osiedlania na Madagaskarze również polskich Żydów - i to w większej, czy nawet bardzo dużej liczbie. Plan emigracji pewnej liczby polskich Żydów na Madagaskar popierali niektórzy czołowi działacze żydowscy w Polsce. Pod koniec 1938 roku powstał nawet "Żydowski Komitet do spraw Kolonizacji" z Mojżeszem Schorrem na czele. W jego skład weszła również część ugrupowań syjonistycznych (J. Tomaszewski).

Rząd polski starał się zainteresować tą sprawą francuskiego ministra Delbosa. Jednak obecność tego tematu w polskiej debacie i mediach najpierw polskich, a potem również i francuskich, szybko sprowokowała reakcję francuskiej opinii publicznej. Hasła w rodzaju "Madagaskar kolonią polską? Nigdy!" czy "Nie chcemy polskich Żydów", które pojawiły się w prasie francuskiej, szybko uniemożliwiły jakąkolwiek kontynuację projektu ("Rok Polski na Madagaskarze 2006"). - Ten przykry fakt należy dzisiaj do historii antysemityzmu francuskiego.

W celach naukowych podróżował w latach 1938-39 po północnym Madagaskarze znany taternik i alpinista polski, późniejszy profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Rolniczej w Krakowie, Jan Kiełpiński (1900-1985); wszedł m.in. na kilka szczytów. Wyniki podróży i studiów naukowych, odbytych w 1938 roku, zatytułowane "Ankaizina", opublikował w "Przeglądzie Geograficznym" 1947 nr 3-4.

II wojna światowa przekreśliła nie tylko plany emigracji Polaków na Madagaskar, ale również praktycznie uniemożliwiła Polakom w kraju jakikolwiek kontakt z tą wyspą na wiele lat; także podczas sprawowania władzy w Polsce przez podległych Moskwie komunistów (1945-89).

Stosunki dyplomatyczne między obu państwami na szczeblu ambasad zostały nawiązane dopiero w listopadzie 1973, gdy rządy w Republice Malgaskiej objęła lewicowa Partia Kongresu Niepodległości Madagaskaru. Do dziś dnia nie ma jednak ambasady polskiej w Tananariwie i malgaskiej w Warszawie. Interesy Polski w Republice Malgaskiej reprezentował najpierw ambasador w Senegalu, potem w Tanzanii, a następnie w Kenii, interesy Madagaskaru w Polsce - ambasada w Moskwie, potem w Paryżu i ponownie w Moskwie. Obecnie, od 2002 roku, ambasador RP w Nairobi (Kenia) Wojciech Jasiński jest akredytowany także na Madagaskarze. W stolicy Republiki Malgaskiej Tananariwie jest Konsulat RP.

Chociaż Polska i Madagaskar nawiązały stosunki dyplomatyczne dopiero w listopadzie w 1973 roku, to już 22 czerwca 1964 roku Polska i Madagaskar zawarli pierwszą 3-letnią umowę handlową. W 1964 roku wartość importu Madagaskaru z Polski wynosiła 101,5 mln franków malgaskich (ok. 400 tys. $US), eksportu do Polski 42,5 mln. Wymiana handlowa między obu państwami po dziś dzień jest minimalna, chociaż w 1973 roku rządy obu państw uzgodniły, że będą zmierzać do umocnienia i rozszerzenia obopólnie korzystnej współpracy, zwłaszcza w dziedzinie handlu i żeglugi. W październiku 1978 roku przebywał w polsce min. transportu, zaopatrzenia i turystyki J. Bemananjara, który podpisał porozumienie o współpracy w dziedzinie komunikacji lotniczej oraz rozpatrzono możliwości udziału Polski w inwestycjach na terenie Madagaskaru. W czerwcu 1979 roku podpisano kontrakt na udział Polski w budowie kopalni węgla w Sakoa. Zmiana ustroju w Polsce przy utrwalającym się ubóstwie Madagaskaru nic nie wpłynęła na relacje polsko-malgaskie. Jak już wspomniałem, kontakty Polaków z Madagaskarem były w okresie PRL-u minimalne. Kilku dyplomatów i dziennikarzy oraz grupa misjonarzy i kilka przypadkowych osób - to chyba wszystko. Dopiero upadek komunizmu w Polsce w 1989 roku umożliwił większe kontakty Polaków z tą wyspą. Dzisiaj nie tylko przyjeżdża tu z roku na rok coraz więcej polskich obieżyświatów i turystów (choć wciąż są to małe liczby), ale również osiedliło się tu na stałe trochę Polaków. Mieszka ich tu ok. 80 osób, głównie misjonarzy - zakonnicy i siostry zakonne, mieszkający w różnych rejonach wyspy. Ze świeckich bodajże najbardziej znanym Polakiem na Madagaskarze jest dr Zbigniew Kasprzyk, który mieszka tu od dwudziestu lat i prowadzi kilka firm, zajmujących się rybołówstwem i hodowlą krewetek. Dr Kasprzyk jest również konsulem honorowym RP w Antananarivo. Od dwudziestu lat mieszka tu także Albert Zięba, nauczyciel plastyki w liceum francuskim w stolicy kraju, dusza polskiego towarzystwa; myśli zresztą o założeniu stowarzyszenia polskiego; 1 maja 2006 roku odbyło się w tej sprawie spotkanie polskiej społeczności, mieszkającej w Antananarivo. Warszawianka Aneta, mieszkająca tu od 2004 roku, jest zatrudniona w dziale marketingu Coca-Coli. "Wszyscy myślą o Polsce i za nią tęsknią, aczkolwiek z różnych powodów i często nie potrafią sprecyzować dokładnie, czego im brakuje" ("Rok Polski na Madagaskarze 2006").

Z Madagaskarem związani byli przejściowo i inni Polacy, jak np. prawnik, menadżer i działacz gospodarczo-handlowy Adam Łukasz Kuźmicz, który w latach 1988-90 był doradcą ekonomicznym i handlowym przy tworzeniu nowych struktur zarządzania i uczestnik programu rządu malgaskiego, dotyczącego zmniejszenia bezrobocia wśród kobiet, czy ekspert ds. rolnictwa i ochrony środowiska Iwo Morawski, który w latach 90. był pracownikiem międzynarodowej organizacji FAO na Madagaskarze.

W dniach 28-30 kwietnia 2006 roku w budynku Centrum Sztuki i Archeologii w Antananarivo odbyła się chyba pierwsza w dziejach Madagaskaru i stosunków polsko-malgaskich polska impreza kulturalna - Wystawa Młodej Sztuki Polskiej, zrealizowana dzięki pomocy Galerii "Atlas Sztuki" w Łodzi.

W Muzeum w Tananariwie jest obraz czy nawet obrazy polskiego malarza, portrecisty Włodzimierza Terlikowskiego (1873-1951), wychowanka Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Ciekawe jak tam trafiły. Wiem, że Terlikowski dużo podróżował, ale nie czytałem nigdzie, że był na Madagaskarze. A może jednak był?

Polski jacht „Maria” (armator Ludomir Mączka) od sierpnia 1999 do sierpnia 2003 roku odbywał swój drugi rejs dookoła świata. Celem wyprawy, oprócz wyczynu żeglarskiego, było zebranie zbiorów muzealnych (geologicznych, przyrodniczych i etnograficznych) oraz prowadzenie badań naukowych w zakresie przyrody morza. W 30 krajach jacht zawinął do kilkudziesięciu portów morskich. Trasa jej podróży wiodła szlakiem Magellana przez Wyspy Zielonego Przylądka, Montevideo, Cieśninę Magellana, Kanały Patagonii, Castro, Validivia, Wyspę Robinsona Cruzoe, Armada de Chile, archipelagi: San Juan Fernandez, Markizy, Samoa i Tonga, Nową Zelandię (Auckland), Wielką Rafę Australijską, Cieśninę Torresa, Komory, Madagaskar, Durban, Przylądek Dobrej Nadziei, wyspę Św. Heleny, wyspy Fernando de Noronha, wyspy Salut (Gujana Francuska), Barbados na Karaibach i Azory z powrotem do Polski. W załodze jachtu był m.in. Maciej Krzeptowski (ur. 1938), biolog, żeglarz, podróżnik, który zbierał zbiory muzealne, zapewne również na Madagaskarze.

W ostatnich latach aż trzech znanych dziennikarzy i podróżników wichry zagnały na Madagaskar: Waldemara Borka, dziennikarza, dokumentalistę, podróżnika i fotografa, który wydał książkę „Madagaskar”, wyróżniona nagrodą Arkadego Fiedlera, Bursztynowy Motyl, 1996); Piotra Trybalskiego, dziennikarza, podróżnika i fotografika oraz organizator wypraw o charakterze ekspedycyjnym, współorganizatora m.in. wyprawy "Totale Sun Eclipse 2001" na Madagaskar; Marcina Jamkowskiego, dziennikarza, podróżnika, fotografika i filmowca, w latach 2002-2006 związanego z "National Geographic Polska" (m.in. redaktor naczelny) oraz kierownika polskiej edycji dwumiesięcznika "National Geographic Traveler", który brał udział w wyprawie wspinaczkowej na Madagaskar.

Wcześniej, bo w latach 80. był na Madagaskarze bardzo znany podróżnik-pisarz Olgierd Budrewicz. Swoją podróż po wyspie opisał w książce „Madagaskar pełen tajemnic” (1986). Również coraz więcej polskich geografów, miłośników przyrody i alpinistów oraz turystów, szukających wielkiej przygody, przyjeżdża na Madagaskar. Np. wspinacze Jacek Kudłaty i Mateusz Kilarski brali udział w "Campus Explorers 2005" w Dolinie Papug na północy Madagaskaru, gdzie pozostawili po sobie siedem nowych dróg w dwóch nowoodkrytych i nazwanych sektorach: Black Jack Canyon i Bloc Age, a następnie w Dolinie Tsaranoro, gdzie ściana Cucamber Flying Circus to droga Polaków (Marcin Jamkowski i Michał Zieliński), przebyta w 2000 roku, która ma zaledwie 2 powtórzenia i żadnego w OS-ie. Natomiast Tomasz Samitowski, działając w zespole, poprowadził nowe drogi w wielkich ścianach górskich Madagaskaru. Z kolei w czerwcu 2001 roku ruszyła wyprawa na Madagaskar, zorganizowana przez Onet.pl i Młodzieżowe Obserwatorium Astronomiczne z Niepołomic. Celem wyprawy była obserwacja całkowitego zaćmienia Słońca oraz tramping po południowej i wschodniej części wyspy.

Polskie biuro podróży ŚwiatPodróży.pl organizuje wycieczki na Madagaskar. Np. wycieczka, zorganizowana w dniach 16-28 sierpnia 2006 roku, oferowała jej uczestnikom zwiedzenie stolicy kraju - Antananarivo (m.in. ruin pałacu królewskiego, ogrodów botanicznego i zoologicznego), stacji klimatycznej Antsirabe, znanej z wyrobu rzeźb ludowych miejscowości Ambositra, miasta Fianarantsoa, urokliwego miasteczka Ambalavao wśród winnic, pól papirusowych, niezwykłych grot i formacji górskich, spacer po lesie Tsaranoro, w którym żyją lemury, masywu Isolo wraz z parkiem narodowym, Tulearu, lasu baobabów Zombitse, zwiedzanie grobów Mohafaly, Nosy Ve - małej piaszczystej wysepki, częściowo pokrytej buszem, gdzie można dostrzec słynnego tropikalnego ptaka o czerwonym ogonie.


Osobną kartę w dziejach Polaków na Madagaskarze stanowi praca misyjna polskiego Kościoła katolickiego. Spośród bardzo wielu polskich misjonarzy, pracujących na Madagaskarze, najbardziej znanym jest jezuita, o. Jan Beyzym (1850-1912), beatyfikowany - wyniesiony na ołtarze - przez papieża Jana Pawła II w Krakowie 18 sierpnia 2002 roku. W 1899 roku o. Beyzym poświęcił się pracy wśród trędowatych na Madagaskarze, najpierw w bardzo trudnych warunkach w państwowym leprozorium w Ambahiwuraka koło Antananarivo, a od 1902 roku w Ambatuwuri koło Marany, w krainie Betsileo, gdzie za ofiary zebrane w Polsce wybudował szpital (ukończony w 1911 roku) dla ok. 200 trędowatych, którym kierował do końca życia; zmarł zarażony trądem. Szpital ten p.w. Matki Boskiej Częstochowskiej istnieje do dziś. O. Beyzym stworzył pionierskie dzieło, które uczyniło go prekursorem współczesnej opieki nad trędowatymi, a jednocześnie z ewangelicznym zapałem i poświęceniem służył tym nieszczęsnym ludziom. Jego listy z Madagaskaru, zebrane przez ks. M. Czermińskiego, ukazały się w zbiorze pt. "Listy o. Jana Beyzyma TJ, apostoła trędowatych na Madagaskarze" (Kraków, wyd. 5 1927). Jest w nich mowa nie tylko o jego pracy wśród trędowatych, ich warunkach życia i zwyczajach, ale również wiadomości o Madagaskarze i jego mieszkańcach. O. Beyzym zmarł w Maranie 2 października 1912 roku i został pochowany w kaplicy szpitalnej. Jego kości z prawego ramienia - jako relikwie - znajdują się w bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie.

Pod redakcją jezuity, misjologa i hagiografa Marcina Czermińskiego wyszły w Krakowie pierwsze 4 wydania „Listów o. Beyzyma” (1900, 1901, 1902 i 1904). Poza tym o. Czermiński wydał książkę „O. Jan Beyzym TJ i trędowaci na Madagaskarze” (Kraków 1900) oraz zajmował się sprawami misji katolickich na Madagaskarze jak i samą wyspą, drukując w „Misjach Katolickich” i.in. artykuły: „Zatarg o Madagaskar” (1895) i „Stan obecny na Madagaskarze” (1897). Przed I wojną światową pracowali na misjach na Madagaskarze inni Polacy: siostra szarytka Małgorzata Pokrywka oraz saletyni: o. Jan Hełpa, Władysław Czosnek i Józef Ryma. Jednak najwięcej polskich misjonarzy z różnych zgromadzeń zakonnych udało się do pracy na Madagaskar w ostatnich 30 latach. Każdy z nich ma pod opieką rozległy teren. Do niektórych wiosek dostać się można tylko pieszo, pokonując wiele kilometrów. Misjonarze są przede wszystkim kapłanami, ale także lekarzami i nauczycielami. Wędrując od wioski do wioski, muszą mieć ze sobą podręczną apteczkę, aby udzielać doraźnej pomocy medycznej. Nieraz pełnią też rolę "dziennikarzy", informując ludzi o wydarzeniach w okolicy i w kraju. W stolicy jest dwóch polskich misjonarzy: ks. Marek pracuje jako kapelan w szpitalu, natomiast ks. Krzysztof pracuje w kurii biskupiej. Na Madagaskarze przez trzy lata pracował Jerzy Kępiński OssT, polski zakonnik - trynitarz, gdzie opiekował się parafią liczącą 12 tysięcy kilometrów kwadratowych i 30 tysięcy mieszkańców. W 1986 roku, w trzechsetną rocznicę sprowadzenia zakonu do Polski, dostał polecenie jego reaktywacji i wrócił do Polski, odnawiając zakon.

1 stycznia 2006 pracowało na Madagaskarze 62 polskich misjonarzy z kilku zgromadzeń zakonnych, w tym 53 zakonników i 8 sióstr zakonnych. Najwięcej pracuje tu oblatów. Delegatura Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej Polskiej Prowincji na Madagaskarze stanowi 55 oblatów - 27 ojców, 3 braci i 25 kleryków.

W 2001 roku papież Jan Paweł II mianował misjonarza polskiego ze zgromadzenia Misjonarzy Świętej Rodziny, ks. Zygmunta Robaszkiewicza (ur. 1958,) biskupem diecezji Morombe. Wielkim wydarzeniem w życiu malgaskiego Kościoła katolickiego była pielgrzymka apostolska na wyspę "polskiego" papieża Jana Pawła II w kwietniu 1989 roku. "Na stadionie w Fianarantsoa przewodniczył mszy św., która zgromadziła ponad 100 tys. wiernych. Papież-Polak nie krył wzruszenia z powodu odwiedzin diecezji, w której swoją posługę odrzuconym sprawował polski misjonarz. "Jestem szczęśliwy, że celebruję przed krzyżem i obrazem naszej Pani Częstochowskiej, który przywiózł on do Marany, i że ofiaruję Najświętszą Ofiarę, używając jego kielicha" - powiedział Jan Paweł II. I dodał: "Jesteśmy wdzięczni o. Beyzymowi za oddanie całej swej energii i całej swej miłości na służbę trędowatym". A potem Ojciec Święty udzielił Komunii św. grupie trędowatych i przekazał chorym w Maranie 200 różańców i znaczną ofiarę pieniężną" (naszaarka. pl).

Bł. o. Jan Beyzym TJ jest tym zwornikiem, który najbardziej łączy narody polski i malgaski, szczególnie katolików w obu krajach.



Autor: Marian Kałuski